14 kwi 2015

I. Do jutra


To nie jest koniec.
To nawet nie jest początek końca.
To dopiero koniec początku.
~ Winston Churchill

— Mikasa!
Otworzyłam szeroko oczy, gdy w brutalny sposób wyrwano mnie ze snu. Dosłownie moment po tym, kiedy chłopięcy głos wykrzyknął moje imię, coś runęło na łóżko, a materac wypchnął mnie w górę.
— Eren! — krzyknęłam, próbując okiełznać dzieciaka, który zrobił sobie ze mnie i mojej pościeli trampolinę.
Na wpół przytomna chwyciłam go za nadgarstek lewej, chudej ręki i pociągnęłam w dół. Upadł obok i łypnął na mnie z przerażeniem, świadomy tego co go czeka. Kilku minutowe męki miały wykończyć na tyle, by nie miał siły powtórzyć tego manewru.
— Przeeestań! — ryknął przeciągle, próbując przerwać chichot. — To łaskocze, Mika! Tato! — Nie zważając na jego jęki i prośby, łaskotałam go z silną premedytacją, napawając się jego cierpieniem.
Po niedługiej chwili w progu mojego pokoju stanął postawny mężczyzna. Ciemnobrązowe, już lekko za długie włosy związane były w luźnego kucyka, a okulary mocno trzymały się nosa. Wsparł dłonie na bokach i spoglądał na nas spod szkieł.
— Gdy powiedziałem, żebyś poszedł ją obudzić, miałem raczej na myśli delikatną pobudkę, a nie najazd zbrojny, synu — mruknął, unosząc do góry jedną brew. Popatrzył na mnie i uśmiechnął się pobłażliwie. — Dzień dobry Mikasa.
— Cześć wujku. — Przeciągnęłam się, ziewając przy tym głośno i spojrzałam w końcu na zegar elektroniczny, który stał na szafce obok. Wskazywał dziewiątą trzydzieści, co nie było specjalnie czytelne przez jasne promienie słońca, które wpadały do pomieszczenia z pomiędzy zasłon. — Levi jeszcze śpi?
— Carla nie może go dobudzić od pół godziny. — Opierał się o framugę drzwi i westchnął głośno, jak to miał w zwyczaju. — Jak tak dalej pójdzie, nie zdążycie na autobus.
— Ja go obudzę — zadeklarował złowieszczo szatynek, który zsunął się z mojego łóżka i pognał do pokoju, znajdującego się naprzeciwko mojego.
— Za dziesięć minut śniadanie! — Mężczyzna wycofał się z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Wiedział, jak bardzo cenię sobie prywatność i szanował to, choć tak naprawdę cały ten dom należał do niego, a ja mieszkałam w nim od wielu lat tylko i wyłącznie dzięki jego dobroci.
Tak, to był ten dzień. Dwa miesiące wcześniej, nie potrafiłam normalnie jeść czy spać, czekając na maila z uczelni, na którą próbowałam się dostać. Gdy w końcu takowy przyszedł, ogłaszając mi i całej zebranej przy komputerze rodzinie, że zostałam studentką filologii polskiej na Uniwersytecie im. Obrońców Muru Rose w Londynie — moja głowa opadła na klawiaturę, pozwalając w końcu na chwilę drzemki.
Od tamtej pory żyłam tylko tym, że już nie długo będę musiała tam pojechać. Czy się cieszyłam? Niespecjalnie. Nigdy nie należałam do kontaktowych, charyzmatycznych osób. Moja postawa i jestestwo odtrącały ode mnie wszystkich ludzi. I choć mogłam sobie wmawiać, że mi z tym dobrze, że do niczego nie są mi potrzebni… Spójrzmy prawdzie w oczy, przecież to kłamstwo. Każdy potrzebuje kogoś do życia. Newcastle to miejsce, do którego wujkowie sprowadzili się zaraz po tym, jak odebrali mnie i Leviego ze szpitala. Żadne z nas nie miało pojęcia, że poziom intelektualny mieszkańców leży poniżej dna. Na szczęście mój brat uczęszczał już rok na OMR, skutecznie brnąc do przodu jako student bezpieczeństwa wewnętrznego. Co jakiś czas miał zajęcia na moim wydziale, największej filii uniwersytetu, w której miałam spędzić przyszłe trzy lata. Przy dobrych wiatrach, rzecz jasna.
Miałam już zabukowane mieszkanie u jakiejś starszej, przesympatycznej pani, którą znał Grisha — ojciec Erena. Pani Elizabeth była kochaną staruszką, wynajmującą kilka mieszkań studentom spoza Londynu. Obiecała nam, że dobierze mi spokojnego współlokatora, uprzedzona o moich wymaganiach, które niestety były nie do wyeliminowania. Miałam nadzieję, że dotrzyma słowa.
— Dobra — mruknęłam siebie, zrzucając z rozgrzanego ciała kołdrę.
Przetarłam dłońmi twarz i zamrugałam oczyma, chcąc otrzeźwić umysł. Musiałam zejść na dół, zjeść śniadanie, umyć się, po czym razem z Levim i wujkiem, dojechać na dworzec, skąd w towarzystwie brata — mieliśmy ruszyć w długą podróż. Miał tam samochód, co znacznie ułatwiało nam kilka spraw. Pierwszą noc i tak planowałam spędzić u niego, razem z Touką — rocznym malamutem, którego dostałam po dobrze zdanych egzaminach w szkole średniej. Tak bardzo przywykłam do tego zwierzęcia, że nie potrafiłam ruszyć się bez niej.
— Mikasa! — Usłyszałam głos cioci, która stała w połowie schodów.
— Idę, idę!
Wsparłam bose stopy na chłodnych panelach i wzdrygnęłam się, żałując, że nie mogę spędzić kilku dodatkowych godzin pod kołdrą.
Wyszłam na korytarz i ospałym krokiem ruszyłam w kierunku stopni. Zsunęłam się po nich na dół, gdzie od razu przywitała mnie wcześniej wspomniana psina.
Miałam jeszcze cztery godziny, by wszystko dobrze przygotować. Ją również. Zalecenie się do wszystkich wskazówek weterynarza było pracochłonne.
— Cześć — mruknęłam, siadając obok Leviego.
Wpatrywał się tępo przed siebie, a jego powieki były nieco podpuchnięte. Zwrócił jednak ku mnie zaspany wzrok i posłał przyjazny uśmiech.
Od tamtego wydarzenia byłam dla niego najważniejsza, choć z boku mogliśmy wyglądać na najzwyklejsze rodzeństwo.
— Ile kanapek zrobić wam na drogę? — Carla krzątała się po kuchni i wydawała się być bardziej zdenerwowana, niż ja. — Jezusieńku, gdzie ja wyniosłam te wasze kubki?
— Są tam. — Levi wskazał palcem na suszarkę, gdzie znajdowały się termiczne naczynia, minimalnie odsuwając od twarzy filiżankę.
Zaczęliśmy typową, poranną rozmowę o byle czym. Niby się nie stresowałam, ale w środku rosło we mnie coś, co wbijało szpile w wnętrzności... do chwili, aż moja komórka rozbrzmiała głośno znaną melodią. Zerknęłam na wyświetlacz, gdzie pod wielkim napisem Trener widniało zdjęcie sympatycznego mężczyzny o kruczoczarnych włosach.
— Halooo — jęknęłam przeciągle, próbując przekrzyczeć kuchenną gwarę.
No cześć Mikasa! Jak się czujesz, gotowa do wyjazdu? — zarechotał głośno, jak zwykle pełen energii.
— Czuję średnio, a moja gotowość znajduje się poniżej zera — odburknęłam, biorąc łyka kawy. Eren sprzedawał mi kuksańce w bok, koniecznie chcąc mnie o coś zapytać, ale udawałam niewzruszoną.
Mika, dasz sobie radę, wszyscy o tym wiemy. — W tle usłyszałam okrzyk porannego treningu. — Dzwonił dziś do mnie Killer Be.
Zawsze na dźwięk tego pseudonimu, zaczynało mi się chcieć śmiać.
— Iii? — Odebrałam od ciotki talerz z kanapkami i skinęłam delikatnie głową w podzięce.
Już na ciebie czeka. — Z tonu jego głosu łatwo mi było wywnioskować, że się uśmiecha. — Wie, że w Londynie będziesz już dziś. Ale powiedział, że da ci spokój. Prosił, żebyś przyszła do niego drugiego października. Adres prześlę ci mailem. Wiesz, rusza nowa sekcja, nabór będzie pierwszego…
— Prosiłam cię trenerze… To będzie nowy człowiek, z innymi nawykami. Wolałabym iść na nabór i trafić do początkujących, by go lepiej poznać. Rzuciłeś mnie na głęboką wodę.
Levi zerknął na mnie kątem oka.
— Głupia ty — mruknął, cpykając mnie palcem w skroń.
Pokazałam mu język i wróciłam do rozmowy.
Nawet mnie nie rozśmieszaj! — żachnął się trener, tupiąc nogą. Miał taki zwyczaj, bardzo zabawnie to wyglądało. — Jesteś najlepsza z najlepszych. Rozłożysz jego najlepszą sekcję w chwilę. Jak możesz w ogóle kurna myśleć, że pójdziesz do żółtodziobów. Z takimi osiągnięciami… Ach, zdenerwowałaś mnie.
— Och, tak — zironizowałam, biorąc gryza kanapki. — Nie daruję panu.
Jeszcze będziesz mi dziękować, trzymaj się i dzwoń, jak będziesz po spotkaniu.
Odsunęłam od twarzy telefon i rozłączyłam się po krótkim dzięki. Gdy chciałam się już spokojnie wziąć za jedzenie, na krzesełku obok ponownie pojawił się Eren.
— Co tam? — bąknęłam z pełną buzią.
— Będziesz do nas dzwonić, prawda? — spytał cicho, bawiąc się troczkiem bluzy.
Śmieszne ciepło buchnęło w moim żołądku. Zżyłam się z kuzynem tak bardzo, że śmiało mogłam go nazywać kolejnym, młodszym, rodzonym bratem. Jego rodzicie byli nimi również dla mnie i Leviego.
— Będę, wiesz o tym — odparłam, spoglądając w jego wielkie, zielone oczy. — Rozmawialiśmy.
— A kiedy przyjedziesz nas odwiedzić? — parł dalej, udając głupka. Chyba jego świadomość dziewięciolatka musiała zostać dosadnie nasączona wiedzą.
— Wydaje mi się, że dopiero na Boże Narodzenie, Eren…
Chłopiec posmutniał i wbił wzrok w okno. Właśnie wszedł w swój stan, kiedy nie docierało do niego nic ze świata zewnętrznego. Niestety nie miał czasu na to, by przeżyć dzieciństwo tak, jak powinien. Życie to kurwa.
— Mikasa, pewna jesteś, że wszystko spakowałaś? — Carla stanęła naprzeciwko mnie i spojrzała mi w oczy. — Wiesz, w razie czego coś ci doślemy, ale szczoteczka do zębów, ładowarka do telefonu…
— Gacie, skarpetki — dodał Levi, naśladując ton kobiety.
— Pajac — bąknęłam i zwróciłam się do kobiety — wszystko mam. Zaraz to jeszcze skontroluję.
— Nie bierz tego koca dla Touki. Elizabeth załatwiła dla niej jakieś wielkie coś dla psów… — wtrącił wujek, mrużąc śmiesznie oczy.
— Posłanie, Grisha. — Westchnęła kobieta, zakładając ramiona na piersiach.

Po zjedzeniu śniadania pognałam na górę, mając wrażenie, że czas pędzi jak szalony. Wskoczyłam pod prysznic, by się odświeżyć i do końca rozbudzić. Dwadzieścia minut później stałam przed lustrem w ciemnych jeansach; ulubionych, białych trampkach i czerwono-czarnej, ciepłej flaneli.
— Touka, błagam cię, bądź grzeczna — mruknęłam, próbując zapiąć jedną z walizek. Pies siedział naprzeciwko mnie i patrzył mi w oczy. Miała przerażająco jasne tęczówki, co nieprzyzwyczajonych bardzo osaczało. — Ten facet zgodził się na twój przewóz tylko dlatego, że powiedzieliśmy, iż będziesz spać po lekach. Z tyłu autobusu. Rozumiesz?
Przekrzywiła na bok głowę i otworzyła pysk, z którego wytoczył się język. Pewnie, że rozumie. Przysiadłam na podłodze i zatopiłam się ponownie w myślach, dotyczących ludzi, z którymi będę mieć styczność. Levi opowiadał mi, że tam nie jest się już zależnym od kogokolwiek. Samemu walczysz o siebie i swoje względy. Więc nie będę musiała się z nikim zaznajamiać, a uważać na zajęciach, by nie musieć się od nikogo, niczego dowiadywać.
— Mika? — Spojrzałam na stojącego nade mną brata, który przebiegł wzrokiem po walizkach. — Cholera…
— Co, za dużo tego? — szepnęłam nieco wystraszona. — Naprawdę starałam się wziąć tylko te najpotrzebniejsze rzeczy.
— Nie, nie. Uwierz mi, to z czym ja będę musiał tu kiedyś wrócić, zwiozę chyba ciężarówką — zaśmiał się, drapiąc po karku. — Chciałem zapytać, czy jesteś pewna tego mieszkania. Wiem, że ja dzielę swoje z dwójką kretynów, ale udostępniłbym ci łóżko, a sobie coś załatwił.
— Levi… — westchnęłam i stanęłam na nogi. Podeszłam do niego i zadarłam do góry nos, chcąc widzieć jego oczy, które notabene wyglądały jak moje.  — Zrozum, że dopóki będziesz mnie tak przy sobie trzymać, to nigdy się nie usamodzielnię. I nie chcę nic mówić, ale dobrze wiem o podstępie twoim i wujka.
— Nie mam pojęcia o czym mówisz…
— Doskonale wiesz! — nadąsałam się, wciskając mu palec w żebra. — Wybraliście Elizabeth, bo jej mieszkanie jest usytuowane dwa osiedla od twojego.
— A czego się spodziewałaś — prychnął ironicznie, na co zmrużyłam powieki. Urwał temat. — Pakuj się. Musisz jeszcze przygotować tego frędzla — skinął na psa. — Mikasa, to będzie naprawdę długa i męcząca droga, wiesz o tym?
— Taaa — fuknęłam, zwracając się na pięcie. — Idź już sobie, bo gadasz na mnie, a i tak będziemy czekać na ciebie.
— Goń się lala! — Och, nienawidziłam go za to określenie.
Resztę czasu poświęciłam na sprawdzenie zawartości walizek, pod opieką Carly. Touka wyczuwała napięcie, które panowało w domu, jednak siedziała i dzielnie znosiła każde „wyjdź stąd”, „przesuń się”, „na miejsce”.
W końcu przyszła kolej i na malamuta, który musiał poddać się wpychaniu do gardła tabletek. Levi zniósł moje walizki i torbę, które położył pod drzwiami wejściowymi, a ja poszłam jeszcze na chwilę do łazienki.
Gdy znalazłam się na dole, obserwowałam, jak ciocia ociera łzy. Empatia, wrażliwość. Tak bardzo obce mi odczucia, których nie potrafiłam przejąć, nauczyć się. Wiedziałam, że przyjdzie kiedyś taki dzień; pęknę i znormalnieję. Ale nie miałam pojęcia, ile jeszcze musiałam na to czekać.
— Czego beczysz — mruknął wujek — przecież nie wyjeżdżają na zawsze.
— Oj! – oburzyła się i klepnęła go w plecy. — Jesteś taki okropny!
Gdy Carla rzuciła się na szyję mojego brata, ja stanęłam z boku razem z mężczyzną i Erenem.
— Kocham cię Mikasa, będę tęsknić! — Chłopiec chwycił mnie w pasie i mocno przytulił.
Odwzajemniłam uścisk i przykucnęłam po chwili, by zajrzeć mu jeszcze raz w oczy.
— Będziesz silny, co nie? — spytałam, czochrając mu włosy.
— Będę! Jak ty i Levi! — odparł radośnie.
— Straciłem przez was autorytet jako ojciec, to straszne… — Grisha westchnął głośno i zamknął oczy.
Pocałowałam chłopca w czoło i uśmiechnęłam się ciepło. Następnie zostałam przyduszona przez ciocię, która puściła mi litanie różnych przestróg i wycałowała moje policzki. Dziesięć minut później, siedziałam już na tylnych siedzeniach auta i obserwowałam, jak Carla i młody stali na schodkach, machając nam w towarzystwie nieprzyjemnego przygnębienia.
Gdy opuściliśmy podjazd, sięgnęłam do bocznej kieszeni torby po słuchawki i podłączyłam je do mp3. Brat i wujek pozwolili mi na to, wiedząc, że tylko wtedy nie jest mi niedobrze. Moja ulubiona muzyka koiła wszystko, co złe.

— Masz jej pilnować jak oka w głowie! — Wujek tymi słowami dał mi do zrozumienia, że Levi musiał przejść wiele wykładów, dotyczących opieki nade mną.
Mężczyzna wysłał go do pakowania walizek, a sam popatrzył na mnie zatroskany i westchnął głośno.
— Obiecaj mi, że jak będziesz czegoś potrzebować to zadzwonisz i mi o tym powiesz.
— Obiecuję — odparłam miękko.
Sama, sama, sama.
Będę sama, bez nich. Przecież ja się do tego zupełnie nie nadaję. Coś zacisnęło się dookoła mojego gardła i nie było widzialne czy namacalne. To był test mojego człowieczeństwa. Tego, czy stać mnie jeszcze na jakiekolwiek wrażenia, uczucia, żywe emocje.
— Pilnuj się tam i dzwoń. — Przytulił mnie mocno. Naprawdę, cholernie mocno, a później się oddalił, zabierając kolejny skrawek szczęścia i swoistego poczucia bezpieczeństwa, na jakie zawsze mogłam przy nim liczyć.
A może był to strach przed odpowiedzialnością i samotnością, które mnie czekały?
Podeszłam leniwe do wejścia razem z psem. Kierowca popatrzył na zwierzę, które ledwo siedziało i uśmiechnął się pod nosem.
— Nie oszukaliście mnie.  — Zaprosił nas gestem ręki do środka, gdzie pokazaliśmy mu wcześniej zakupione bilety. — Lećcie na koniec. Macie szczęście, że Newcastle to punkt początkowy i jeszcze nikogo nie ma.
Przeszłam obojętnie dalej, słysząc jak Levi dziękuje za mnie. Snułam się wolno, aż doszłam do wskazanego miejsca. Dobra, byłam mu wdzięczna. Pod siedzeniami rozłożył koc, by pies nie leżał na nieprzyjemnej, gumowej powłoce. Touka od razu tam wlazła i opadła, tak jakby czekając na moment, aż będzie mogła się przespać.
— Ładuj się od okna — zakomunikował chłopak, odbierając ode mnie moją skórzaną kurtkę.
Wcisnął ją na półkę, znajdującą się nad moją głową i usiadł obok mnie. Jego mocne perfumy dopiero teraz dały mi o sobie znać. Lubiłam je czuć, wiedziałam wtedy, że jest blisko i nic mi nie grozi.
Wyjął z kieszeni spodni słuchawki i uśmiechnął się do mnie nikczemnie.
— Nie obrazisz się? — mruknął, umieszczając je już w uszach.
— Nie — rzuciłam, zajmując wygodną pozycję.
Psina już spała. Nawet nie drgnęła, gdy autobus ostro ruszył. Wygrzebałam z torebki własne słuchawki i po chwili przeskakiwałam między kawałkami, szukając jakiegoś dobrego na rozruch.
Potem już tylko myślałam i pogrążałam swoją psychikę, wmawiając sobie, że pewnie tam umrę. Ze strachu… A może samotności.

Planowany przyjazd oznaczony był godziną dwudziestą drugą dwadzieścia na dworcu centralnym, jednak przez korki i postoje – dotarliśmy tam przed dwudziestą czwartą.
Gdy stanęłam na chodniku ze świadomością, że nie będę musiała z powrotem wsiadać do środka, odetchnęłam głośno, zamykając przy tym oczy. Touka zaczęła się przeciągać, a ja próbowałam odnaleźć wzrokiem Leviego, który toczył walkę o nasze walizki z chmarą babć, dziadków i innych pokroju ludzi, których zazwyczaj się nie lubi.
— Masz wszystko? — spytałam, gdy przytaszczył do mnie bagaże.
To nie tak, że nie chciałam mu pomóc, ale nie miałam z kim zostawić psa, a wejście z nim w ten tłum skończyłoby się na kilku pozwach o to, że moje dzikie zwierzę pogryzło ich po kostkach.
Choć może rzeczywiście mi się nie chciało.
— Tak — prychnął i wyciągnął z kieszeni telefon. Wykręcił numer, który widniał nad moją głową, nadrukowany na jakiejś sporej naklejce. — Dobry wieczór, chciałbym zamówić taksówkę na dworzec centralny. PKS. Tak, tak. Dwie osoby. A i pies… Spory pies. Nie, to raczej niemożliwe. Dobrze, rozumiem. Tak, bagaż jest spory. Dziękuję, do zobaczenia.
— Co było niemożliwe? — spytałam, unosząc do góry brew.
— To, że Touka zarzyga mu siedzenia.
Rozłączył się i spojrzał na mnie przelotnie, chwytając swoją walizkę. Poprawiłam sportową torbę, zawieszoną na ramieniu i chwyciłam za rączkę kufra, po czym ruszyłam za bratem.

***

Mieszkanie mojego brata nie było wielkie, ale z pewnością mogły w nim zamieszkiwać trzy osoby. Jak nie cztery. Salon, choć mały, wydawał się być całkiem przestrzenny. Trzyosobowa kanapa, plus dwa fotele, obite w miękką, przyjemną, zieloną tapicerkę i szklany stolik do kawy. Meble te znajdowały się na sporym dywanie, w tym samym, choć nieco ciemniejszym kolorze. Naprzeciwko stał spory, płaski telewizor. Pod nim sterta gier na PS3, które było ściśle strzeżonym skarbem.
Z lewej strony dwie pary drzwi wyprowadzały do pokoi chłopaków. Kuchnia i łazienka znajdowały się przed wejściem do salonu, gdzie jeszcze nie zaszliśmy.
— Śpisz w moim pokoju. — Levi odpoczął chwilę i znowu pociągnął za sobą walizki, do drzwi, które znajdowały się po prawej stronie.
Odpięłam smycz psa, który odszedł ode mnie i zaczął rozglądać się po mieszkaniu.
— Kiedy przyjadą Gaara i Erwin? — krzyknęłam, podchodząc do okna. Widok nie był jakiś nadzwyczajny.
Jedyne co zwróciło moją uwagę, to bloki znajdujące się dwie, trzy ulice stąd; były strasznie wysokie i niespecjalnie pasowały do otoczenia w ciągu dnia. Wieczorem jednak wprowadzały klimat miasta, do którego trafiłam. Londyn w porównaniu do Newcastle, był czymś naprawdę wielkim. Dawałam sobie tydzień, aż Levi i policja zaczną mnie szuakć. Od zawsze miałam tendencję do gubienia się.
— Jutro… Bardzo możliwe, że spotkasz ich jeszcze przed zajęciami — odparł, podnosząc głos. Krzątał się po pokoju i nie chciałam mu wchodzić w drogę; jego delikatna pedantyczność stała się dla mnie codziennością. — Tak właściwie, to o której zaczynasz? — spytał, wychylając głowę ze swojego lokum.
— Dziesiąta, mówiłam ci setki razy — westchnęłam, kierując się do niego.
— A tak, przecież jedziemy razem… — Otworzył swoje łóżko i zaczął wyciągać z niego pościel. Pachniała świeżością. Podobno jakaś sympatyczna sąsiadka dbała o to miejsce przez całe wakacje. — Ale się złożyło… Jak już zamieszkasz sama, będziesz musiała ogarnąć autobusy.
— Już to zrobiłam… Linia ósma ma przystanek na mojej ulicy i wyrzuca mnie pod uczelnią, po piętnastu minutach drogi.
— Farciara… Mój główny wydział jest pół godziny stąd… Z rana jadę czasem godzinę.
— A no — rzuciłam, podchodząc do mojej walizki. Otworzyłam ją i zaczęłam szukać czegoś do spania, ręcznika i kosmetyczki. — Mogę już iść się umyć?
— Tak leć… Zaraz zrobię coś do jedzenia. — Podrzucił do góry prześcieradło, by równo opadło na materac.
Zastygłam w bezruchu. Gdy zobaczyłam ten tak dobrze znany mi materiał, wciśnięty na szybko pomiędzy moje rzeczy, na twarzy wymalował się mimowolny, lekko bezradny uśmiech.
— On jest niemożliwy — szepnęłam, wyciągając bordowy, długi, wełniany szalik spod moich ubrań, które powypadały z pudła.
— Kto? — mruknął chłopak, odwracając się w moim kierunku. Gdy spostrzegł część garderoby w moim ręku, na jego buzi również wymalowało się rozczulenie. — Eren… Za co on cię tak bardzo kocha?
— Nie wiem — mruknęłam, przyciskając do piersi materiał. Wyciągnęłam rzeczy, które miałam zabrać do łazienki i podniosłam się na nogi. Trzymając wszystko w ramionach, spojrzałam na chłopaka jeszcze raz, mrużąc podejrzliwie powieki. — A ty za co mnie kochasz?
Ułożył kołdrę na odpowiednim miejscu i nie zmieniając wyrazu twarzy otaksował mnie wzrokiem. Wzdrygnęłam się, nie lubiłam tego spojrzenia. Podszedł jednak do mnie i położył mi dłoń na głowie, czochrając po chwili moje czarne kosmyki.
— Za to, że cię mam — szepnął i wyminął mnie ze spokojem.
W duchu się uśmiechnęłam. Musiał mi to czasem powiedzieć… bez tego czułam się niepotrzebna i sama.

— Levi? — szepnęłam, stojąc na środku jego sypialni. Mijałam kuchnie, przeszłam przez salon, sypialnia chłopaków nadal był zamknięta, a w drugiej części łazienki nie paliło się światło.
Dociskałam do piersi złożone ubrania i kosmetyczkę, czując, jak moje serce mocno przyspiesza swoją pracę. Odłożyłam rzeczy na walizkę, wsunęłam na nogi szare spodenki i zarzuciłam flanelę brata. Ze splątanymi na piersi ramionami wyszłam do salonu. Drzwi balkonowe były otwarte, ale uchylnie. Nie mógł więc wyjść na zewnątrz. Coś za mną zaskrzypiało.
— Levi! — krzyknęłam, mając wrażenie, że brat sobie ze mnie żartuje.
Gdy jednak odwróciłam się za siebie, spostrzegłam uchylone wejście mieszkania. Zachłysnęłam się powietrzem, na wspomnienie szczegółów, które tak skrzętnie próbowałam ukryś przed samą sobą, na dnie umysłu. Strach i dziwny mrok wróciły do mnie w towarzystwie projekcji, których nie chciałam pamiętać.
— Rivai! — ryknęłam.
Jednak i to było na nic.
Pobiegłam do kuchni. Odszukałam wzrokiem listwę, zawieszoną nad blatem. Kolejno — od najmniejszego do największego; wisiały tam, zawieszone na drobnych gwoździach. Głupie myśli i złe doświadczenie pchnęły mnie w tamtą stronę.
— Co się stało? — Usłyszałam zdyszany głos chłopaka, a moje ciało się rozluźniło. — Krzyczałaś?
Odwróciłam się do niego, normując oddech. Drżałam lekko, obnażając swoje słabości. Obserwował mnie uważnie, po chwili przybierając bezradny wyraz twarzy.
— Bo…
— Przepraszam cię — szepnął, kładąc stertę listów, gazetek i ulotek na blacie. — Zszedłem na dół dosłownie na moment, myślałem, że zdążę wrócić, zanim wyjdziesz. Wziąłem ją na chwilę, żeby się załatwiła.
— Czemu nie zamknąłeś drzwi? — spytałam, wodząc wzrokiem za Touką, która weszła za nim.
— Zamknąłem, ale nie na zamek — mruknął i zdjął przez głowę bluzę — zapomniałem, że klamka jest spieprzona. Zsuwa się w dół i zwalnia blokadę, trzeba używać zamka. Już wchodziłem na klatkę i usłyszałem jak krzyczysz. Pewnie każdy inny sąsiad też. — Uśmiechnął się przelotnie.
— Nie rób tak więcej, proszę — szepnęłam, gdy mnie wyminął i podszedł do zlewu, by umyć dłonie.
— Dobrze.
Fobie. Zostają z nami do końca życia, nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Im bardziej staram się normalnie żyć, tym więcej z nich wypływa na powierzchnię, w bolesny sposób naciskając na guzik w mojej głowie, podpisany jako przeszłość.

— Dzwoniła do mnie starosta roku, przyfarciło nam się jutro dwukrotnie — mruknął, siadając naprzeciwko mnie, przy stole.
— To znaczy? — Wzięłam łyka gorącej herbaty. Przyjemne ciepło rozeszło się po moim ciele, kojąc nerwy. Chciałam spać i nie mogłam się doczekać, aż wsunę się pod kołdrę.
— Mam jutro jedne zajęcia na twoim wydziale, potem przerwę, a następnie ćwiczenia budynek obok. Kończę o szesnastej piętnaście. A ty o szesnastej, tak? — Skinęłam mu w odpowiedzi zgodnie głową. — Poczekasz na mnie chwilę i wrócimy tu po rzeczy, potem pojedziemy do twojego nowego mieszkania.
Nacisnął na ostatnie słowa, powtarzając stały — od kilku miesięcy — schemat, który działał mi na nerwy. Choć z drugiej strony, skoro wpadłam w taką panikę przez głupie drzwi, to czy mieszkanie z obcą osobą, z daleka od jedynej bliskiej mi tu duszy, było dobrym rozwiązaniem?
— Szlag — warknęłam sama do siebie, rozjuszona myślami.
— Hmm? — Zerknął na mnie, unosząc do góry brew.
Dopiłam szybko herbatę, podniosłam się, by wstawić do zlewu talerz i kubek.
Wkurzało mnie jedynie to, że świadoma swoich dwudziestu lat, pewna tego, że mogę być samodzielna — podkulałam ogon… Cóż, nie mogłam dać za wygraną. Satysfakcja, jaką otrzymałby wtedy Levi, gdybym przyznała, że jednak chcę mieszkać z nim, odbijałaby się na mnie naprawdę długo. A nie potrzebowałam dodatkowych zmartwień.
Skorzystałam z toalety, umyłam zęby i ruszyłam do lokum, w którym miałam spędzić dzisiejszą noc. Łóżko było już gotowe do tego, by się w nim wygodnie ułożyć. Nie do końca wiedziałam, czy to fair poddać się woli brata i zająć jego miejsce, kiedy on miał spać w salonie, ale nie miałam siły na kolejne gorzkie wymiany zdań.
Położyłam się więc na materacu, który okazał się być bardzo wygodnym, wcześniej wyłączając światło i naciągnęłam kołdrę na twarz. Zaczynałam się martwić następnym dniem, ale skoro zaszłam tak daleko, to nie mogłam przegrać ze swoimi głupimi słabościami.
Przez pierzynę dotarło do mnie światło.
— Co robisz? — mruknął, ściągając ze mnie nakrycie. Popatrzyłam na niego, nie ruszając się.
— Też się stresowałeś, gdy przybyłeś do tego miasta po raz pierwszy? — spytałam, siadając po turecku.
Sięgnął po koc, wiszący na krześle i już miał wychodzić, jednak coś go powstrzymało. Odwrócił się i przyjrzał mi się uważnie.
— Nie… Póki nie musiałem ogarnąć całego Londynu — westchnął głośno i przysiadł obok mnie. — Ogrom tego wszystkiego, co się tu znajduje, cholernie mnie przytłoczył. Ale w dzisiejszych czasach wystarczy ci komórka i kilka groszy. Taksówki tutaj liczą się bardzo tanio. Zresztą masz mnie, przecież wiesz, że niezależnie od wszystkiego, będę się tobą opiekować.
— Nie odbieraj mi przy tym swobody — bąknęłam, rzucając mu poważne spojrzenie.
Naprawdę się tego bałam.
— Postaram się — rzucił, wstając. – Kładź się… Te dwa pajace przyjadą z samego rana i nie dadzą ci się wyspać. Dobranoc.
Touka minęła się z nim w drzwiach i odnalazła mnie wzrokiem. Runęłam na łóżko, a ta przejechała swoim zimnym, mokrym nosem po moim policzku. Ułożyła się na dywanie obok i bardzo szybko usnęła.
Podróż zmogła nas wszystkich, bo już chwilę później zaczęły mnie męczyć moje koszmary.

***

Coś mnie wybudziło. Nie otwierając oczu wsłuchiwałam się w rozdrażnione powarkiwanie Touki, która znajdowała się tuż obok mnie. Może i byłam półprzytomna, ale przyswojenie informacji o tym, że ktoś prowokuje moje zwierzę, zajęło mi ułamek sekundy.
Otworzyłam w końcu powieki i zaczęłam mechanicznie zwracać się za siebie, łącząc kilka faktów z zagmatwanej pamięci. Gdy w końcu leżałam na plecach, z głową zwróconą w stronę drzwi — widok niespecjalnie mnie zaskoczył.
— Nie rozumiem, dlaczego Levi zdecydował się na mieszkanie z tobą — mruknęłam, uderzając otwartą dłonią we własne czoło.
Touka stała w bojowej pozycji, a naprzeciwko niej znajdował się Gaara. Jego ciało przyjmowało identyczny układ, co ona. Za każdym razem, gdy nas odwiedzał w Newcastle, to się powtarzało. Uwielbiał robić psu papkę z mózgu, wabiąc go tym samym do zabawy do zabawy, w bardzo zwierzęcy sposób.
— Mój urok osobisty ich oczarował — odparł, swoim niskim, stonowanym głosem, nie przerywając walki na spojrzenia z suczką.
— Stawiałabym raczej na twoją nietuzinkową głupotę, która zachwyca — skwitowałam, podnosząc się powoli.
— E! Licz się ze słowami! — W końcu przeniósł wzrok na mnie, a psina wykorzystała moment, by rzucić się na jego klatkę piersiową, przygnieść i zacząć traktować jak gumową kość.
Sabaku był bardzo specyficzny. Miał czerwone włosy; na ramionach ciągnęły się różnokolorowe rękawy, na które wydał w studiach tatuażu grube pieniądze. Jedną dziarę miał nawet na czole, co w jakiś dziwny sposób sprawiało wrażenie, że jest totalnym, niebezpiecznym niechlujem. Jednak, skoro Levi z nim mieszkał — musiało kończyć się na wrażeniu. Miał jasne, błękitne oczy, które w dziwny sposób kontrastowały z tym, co istniało na głowie. Przez to wszystko, ludzie bardzo często słabo go oceniali. I tu się mylili. Był niesamowicie inteligentny i pomysłowy. Nie brakowało mu charyzmy, a co najlepsze, jego jedynym nałogiem były papierosy. Sporo ludzi wsadzało go do szufladki podpisanej “ćpun, trzymaj się z daleka”. Kwestią do prawdziwej negocjacji, zostawało zainteresowanie u dziewcząt. Nie był brzydki. Do tego wysportowany i umięśniony. Chyba nie muszę mówić, co to za sobą niosło.
— Masz za swoje — rzuciłam, wymijając go.
Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, z jaką uwagą otaksował mnie od góry do dołu, zwalniając tempo ruchu spojrzenia przy tyłku i nogach.
— Widziałem! — krzyknął do niego Levi, stojąc przede mną z założonymi na piersi rękoma.
Jego mięśnie były przez to napięte. Czarna bokserka, którą założył do szarych dresów, odsłaniała jego ramiona. Wielka blizna na lewym bicepsie, uwydatniła się. Zagryzłam od wewnątrz policzki, by wyłączyć umysł i odgonić od siebie nieprzyjemne myśli.
— Och, daj spokój! — Czerwonowłosy uwolnił się w końcu od Touki i podniósł na nogi. — Jestem facetem z krwi i kości, tak?
— Seksista — burknęłam, posyłając mu ironiczny uśmiech.
— Mikasa! — wrzasnął, gotowy do potyczki słownej, jednak brat go zatrzymał i zaczął o czymś dyskutować.
Gdzieś w mieszkaniu musiał się znajdować trzeci, stały mieszkaniec… Jednak należał on do typu ludzi pojawiam się i znikam. Jest, nagle go nie ma. Szło dostać przy nim świra, za co również podziwiałam charakter starszego Ackermana. Nie miałam tyle cierpliwości co on i bardzo łatwo można było wyprowadzić mnie z równowagi czy przestraszyć.
— Cześć Mikasa. — Wyrósł spod ziemi, o tym mówiłam.
— Erwin — wyrzuciłam z siebie na wydechu.
Chwycił mnie za dłoń i pocałował delikatnie jej wierzchnią stronę.
Melancholijny samotnik o duszy romantyka. Straszny ponurak, zatopiony wiecznie w jakiejś dziwnej nostalgii. Ale kolejny z tej trójki, który nie mógł odpędzić się od dziewcząt. Wysoki, sprawny blondyn, o niebieskim, przenikliwym spojrzeniu. Amator trawki i whiskey, na szczęście nikogo na siłę w to nie wciągał, a chłopcy pozwalali mu na zapalenie raz na jakiś czas skręta, bo jego spokój nigdy od niego nie odchodził.
W każdym razie on wzbudzał we mnie szczególną blokadę. Przez to, że nie potrafił oszacować fizycznego dystansu, który powinien utrzymać przy dziewczynie, zawstydzał mnie i jednocześnie sprawiał, że robiło mi się bardzo źle. Każdy facet, który przekraczał moje granice, był kimś złym…
— Mikasa, szykuj się powoli — rzucił Levi, wskazując brodą na zegarek. — Musimy się liczyć z korkami.
— No właśnie mała, to nie Newcastle! — prychnął Gaara, na co krew we mnie zawrzała. To była jedna z tych relacji, w których niby się lubiano, ale walka na dogryzanie sobie nigdy nie była przerywana.
— Ty przyjechałeś z Dover, masz tam jedną ulicę i cztery domy na krzyż — mruknął blondyn, opadając na kanapę.
— Och — westchnęłam ostentacyjnie, gdy usta Sabaku zwęziły się w cienką kreskę.
Wybiegłam do łazienki, unikając uderzenia poduszką, która trafiła w wiszący na ścianie obrazek, przedstawiający Big Bena. Ramka upadła na regał, a Levi wydał z siebie okrzyk bojowy.
Zastanawiałam się, czy za sobą tęsknili.
I czy mi też uda się żyć ze współlokatorką tak dobrze.

***

Wspierałam nogi na schowku, siedząc na miejscu pasażera. W słuchawkach dudniła muzyka, która miała mnie jakoś wyciszyć, a wzrokiem goniłam za mijanymi obiektami. Czułam stres. Zaciskałam i rozprostowywałam na zmianę palce lewej dłoni, która dziwnie drętwiała.
W pewnym momencie poczułam, jak z tej samej strony, ktoś brutalnie wyrywa mi z ucha kabelek.
— Nie denerwuj się. Mi też się wydawało, że będzie strasznie… A okazało się, że było zupełnie inaczej — wymamrotał, nie spuszczając skupionego spojrzenia z drogi.
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na prędkość, z jaką jechaliśmy.
— Zwolnij — nakazałam.
Nie ściągając dłoni z kierownicy, uniósł ją lekko, by dojrzeć tablicę rozdzielczą. Chwilę potem jego spojrzenie z powrotem poszybowało na jezdnię.
— Jedziemy dziewięćdziesiąt na godzinę, uspokój się.
— Zwolnij — powtórzyłam, siląc się na jeszcze poważniejszy ton.
Zrobił to, choć bardzo niechętnie. Wypadek sprzed lat nie sprzyjał ochocie na jazdę autem, a tym bardziej szybką. Jednak on taki był… Znając życie i jego, gdyby mnie tu nie było, pędziłby na złamanie karku.
Wsparł się łokciem o drzwi i masował czoło palcem wskazującym, gdy staliśmy na ostatnich światłach. Widziałam stąd budynek mojego wydziału. Nie byłam w środku, obserwowałam go tylko z zewnątrz, gdy byliśmy tu w lipcu. Musiałam przecież przywieźć papiery do rektoratu, by móc tu w ogóle być.
Niby osiągnęłam spokój, ale gdzieś w środku pojawiało się to dziwne uczucie stresu. Już nie chciałam tam być. Już nie chciałam ich oglądać. Już nie chciałam studiować. Już wszystko było do dupy.
— Nie masz się czym martwić. — Westchnął, gdy samochód ruszył. — Mówiłem, studia to nie liceum. Tu nie jesteś od nikogo zależna, skupiasz się tylko na sobie. Ważne, żebyś dokładnie słuchała tego, co mówią wykładowcy, wtedy nie będziesz musiała czerpać informacji od innych.
— Taa — mruknęłam, gdy wjeżdżał na parking.
Coraz bardziej kręciło mi się w głowie.
— Pierwszy masz w-f? — spytał, wyciągając kluczyk ze stacyjki.
— Zaraz się zrzygam — fuknęłam, przykładając dłoń do ust.
— Na jakim kierunku odbywają się takie zajęcia?
— Pajac! — krzyknęłam, uderzając go na oślep ręką.
Wysiadł z samochodu i zamknął drzwi, gdy ja nadal nie miałam zamiaru oderwać się od siedzenia. Zabrał z tylnej kanapy nasze torby, a po chwili wytarmosił mnie ze środka. Świeże powietrze zadziałało orzeźwiająco, póki nie zobaczyłam grupki jakiś osowiałych dziewczyn, które również wyglądały mi na pierwszy rok.
— Tu — wskazał na pożółkły budynek — masz swój wydział. Po lewej, wydział mechaniki, a za nim salę sportową. Tam macie wychowanie fizyczne. Łatwa droga, poradzisz sobie, ja muszę spadać. Stań w środku przy wejściu, facet was zawoła na trybuny i pewnie pogada o wszystkim, jak to zazwyczaj bywa. Potem wróć na swój wydział, sale odnajdziesz szybko, głupia przecież nie jesteś. W razie czego, dzwoń. Dobrze?
Skinęłam zgodnie i zaczęłam się cofać. Zwróciłam się przodem, w odpowiednim kierunku i ruszyłam, jednak głos brata mnie zatrzymał.
— I pamiętaj, że masz nie robić żadnego dymu! — krzyknął, po czym odpalił papierosa.
— Wywal to, albo narobię go tobie! — wrzasnęłam, mając ochotę na to, by się do niego wrócić.
Pomachał mi ręką, rozejrzał się i przebiegł na drugą stronę drogi, prowadzącej pomiędzy wydziałami.
Wzięłam głęboki wdech i powiodłam brukowaną ścieżką w stronę, którą wskazał mi brat. Wyszłam za budynek i ujrzałam zielono-żółtą ścianę, z granatowym napisem “hala sportowa”. Przed wejściem stało już sporo dziewczyn, które wykazywały podobne zachowania do tych, przed którymi ja skutecznie się broniłam.

— Nazywam się Gai Might i od dzisiaj będę prowadził wasze zajęcia z wychowania fizycznego! — ryknął mężczyzna, który totalnie rozbrajał mnie swoim wyglądem.
Pomijając fakt, że miał na sobie kombinezon dokładnie przylegający do ciała, to  kruczoczarne włosy, błyszczały się od nadmiaru żelu. Jego wielkie brwi przypominały paski zwierzęcgo futra; dzikie spojrzenie miotało każdym, na kogo zerknął, a śnieżnobiałe, równe rzędy zębów były przerażające.
Widać jednak było, że to co robi to poniekąd jego pasja. Tryskał energią, której pokłady nie miały końca. Już na samym początku, można było wyczuć, że zajęcia z nim będą totalnym wyciskiem. Ja mogłam sobie z tym poradzić, ale te niektóre kobietki spoczywające na siedzeniach obok mnie — niespecjalnie. No może poza jedną blondynką, która rzuciła mi się w oczy.
Kazał nam zająć miejsca na trybunach, gdzie znajdowały się zielone, plastikowe, rozkładane krzesełka, a sam przestępował z nogi na nogę, przekazując nam informacje i zasady, których mieliśmy przestrzegać. Trzymając się słów brata — bacznie słuchałam każdego zdania, by potem nie musieć się nikogo o nic pytać. Nie zwróciłam w sumie żadnej uwagi na zebranych studentów, bo razem z drugim magistrem wymienili głośno cztery różne kierunki, jakie się tu zeszły. Nie miałam pojęcia kto, do którego należy, a informacja o tym, że jeden z nich to drugi rok, lekko mnie spłoszyła.

Wbrew pozorom, przerwa upłynęła mi bardzo szybko. Po wejściu na uczelnię, od razu zlokalizowałam spory bufet. Znajdowało się tam naprawdę wiele stolików, a wywieszone menu zdawało się nie mieć końca. Nie odwiedziłam go. Bałam się, że zapach jedzenia przyprawi mnie o kolejne mdłości.
Błądząc po korytarzach uczelni, szukałam swojego wydziału, cały czas trzymając w ręku wydrukowany wcześniej plan zajęć. Po drodze rzucały mi się w oczy inne sale, w których miałam mieć wykłady.
Gdy znalazłam się w końcu pod numerem dwieście czterdzieści pięć, spostrzegłam grupkę ludzi. Jedni ze sobą rozmawiali, inni stali z boku… Jak to zazwyczaj w takich chwilach bywało. Byli tak przeciętni, że w ogóle nie rzucali się w oczy. Oprócz blondynki, którą wyłapałam na trybunach; była jakaś taka ekscentryczna. Stała pod ścianą z zarzuconym na jedno ramię plecakiem. Długie do piersi, lekko pofalowane, blond włosy — związane były w niedbałego kucyka, który spływał po jej lewym ramieniu. Kiwała delikatnie głową w rytm muzyki, która wpływała do jej umysłu z pomocą słuchawek. Czarne spodnie, białe trampki i szara, szeroka bluza — nadawały jej swoistego, luzackiego stylu. Miała dziwny, z jednej strony delikatny wyraz twarzy. Z drugiej zaś, biła od niej dziwna wrogość. Nie znałam jej… Nie miałam pojęcia kim jest, ale jako jedyna z zebranych, nie odstraszała mnie od siebie, a wręcz intrygowała.
— Filologia polska, rok pierwszy? — Ktoś wywołał nas z wyznaczonej sali. Nie spojrzałam na właściciela głosu, skupiając nadal uwagę na blondynce.
Widząc jednak, że ludzie wchodzą do pomieszczenia, ruszyłam za nimi. Przejście oddzielało od siebie ławki trzyosobowe od dwuosobowych. Większość siadła trójkami, mnie jednak powiodło od razu do tych, gdzie mogłam liczyć na jednego towarzysza. A raczej na żadnego… W każdym razie, im mniej, tym lepiej.
Położyłam torbę na ziemi i zaczęłam w niej grzebać w poszukiwaniu jakiegoś zeszytu i długopisu. Gdy takowe znalazłam, wyprostowałam się i rzuciłam je przed siebie, po czym obróciłam głowę w lewo i mało nie zleciałam z krzesełka, podrygując do góry.
Wspomniana blondynka siedziała obok mnie z założonymi na piersi rękoma.
— Spokojnie, nie gryzę — rzuciła, rozsiadając się wygodnie — ani ja, ani ty nie chcemy siedzieć z kimś z tamtej strony. — Spojrzała na mnie, a jej ciemne, niebieskie oczy, przeszyły mnie na wskroś. — Nie lepiej się zabezpieczyć, siadając razem?
Przechyliłam delikatnie na bok głowę, jednak skinęłam zgodnie. Miała rację. Rozumiałyśmy swój wstręt do ludzi, przez co nie miałyśmy zamiaru sobie nawzajem przeszkadzać.
— Witam państwa serdecznie! — Radosny okrzyk zwrócił moją uwagę, ku właścicielowi.
Hiruzen Sarutobi, tak nam się przynajmniej przedstawił. Miał tyle tytułów, że nie zdołałam tego zapamiętać. W każdym razie, zwracać się do niego mieliśmy profesorze lub dziekanie – byleby nie na panie, bo przecież to pogwałcenie etykiety językowej.
Facet był niesamowicie wykształcony i samą postawą fizyczną, wzbudzał mocny respekt. Sposób w jaki się wypowiadał, był jak dobra muzyka dla naszych uszu. Chciało się go słuchać i słuchać. Najlepsze w tym wszystkim było to, że wychodził z założenia, iż wszyscy znaleźliśmy się tu z powołania i każdy znał język polski na tyle dobrze, by rozumieć, co mówi.
Przed oczyma stanęło mi dzieciństwo i starsza, uśmiechnięta kobieta.
Moja sąsiadka wyglądała na taką, która czuła to, co ja. Biła od niej dziwna nostalgia, a nieruchoma pozycja sprawiała, że przypominała jakiś posąg. Cholera, czy ona oddycha? Gdy zwróciła w moją stronę tylko i wyłącznie spojrzenie, wyczuwając, że ją obserwuję — odwróciłam od razu speszony wzrok.
Gdy wykładowca już trochę pogadał o tym, co nas czeka na tych wykładach, oraz zajęciach — które według planu, odbywały się jutro od ósmej piętnaście — przeszedł do kwestii, której nienawidziłam.
Poznajmy się.
Ludzie po kolei wstawali, mówili jak mają na imię, skąd pochodzą, jakie liceum skończyli, która specjalizacja ich interesuje oraz… jaką książkę najbardziej lubili. Polskiego autora, rzecz jasna. No i jak można się było spodziewać, wszystko miało zostać wypowiedziane w języku polskim.
Obserwowałam każdego, kto recytował ułożoną w głowie formułkę, jednak żadna spośród tych osób nie zainteresowała mnie w choćby najmniejszy sposób. Jedyne co godne było zapamiętania, to to, że jakaś Temari została wybrana na starostę.
— To teraz przejdziemy do naszych wyrzutków — krzyknął wesoło mężczyzna, po czym się do nas uśmiechnął.
Podszedł bliżej i przysiadł na ławce przed nami, patrząc prosto w oczy blondynki. Ta podniosła się ospale i wsparła dłońmi o blat biurka. Jej pozycja wydawała się być dość lekceważąca, ale Sarutobi nie zwrócił na to uwagi. Widział w niektórych osobach coś niesamowicie interesującego i chciał to poznać.
— Mayako Okanao, lat dwadzieścia — mruknęła, mierząc się z nim wzrokiem. — Skończyłam liceum ogólnokształcące w Polsce i zostałam zmuszona do wyjazdu z rodzimego kraju. Pracowałam, szkoliłam angielski… i w końcu zdecydowałam się na studia. Zależy mi na specjalizacji nauczycielskiej, ze względu na dużą ilość polskich rodzin, jakie się tu znajdują i ich dzieci. Zamierzam dołączyć do jakiejś placówki edukacyjnej, by zająć się dzieciakami sprowadzonymi tu wbrew własnej woli.
— Jest pani pełnokrwistą Polką?
— Nie. Moja mama natomiast, tak.
Nie wypowiadała się jak reszta. Atakowała tego człowieka. Miała niesamowicie buntowniczy charakter i sprawiała wrażenie osoby, która ma pretensje do wszystkich, o wszystko. Widziałam w jej oczach niebezpieczny błysk, który mówił mi tylko jedno. Ona musiała przeżyć jakąś tragedię, tak samo jak ja. Dzieliłyśmy tą samą nienawiść do całego świata, nie tylko ludzi.
— Co do książki, polecam Dziewczynkę w czerwonym kapturku, Romy Ligockiej.
— To jest piękna książka — wyrwał od razu, na co dziewczyna uniosła do góry brew. – Losy dziecka otoczonego wojną, odseparowanego od wszystkiego, co mogłoby przypominać dzieciństwo… Ach, tak. Wygrała pani dzisiejsze zajęcia. Gdybym miał prawo oceniać państwa za takie rzeczy, piątka widniałaby już w pani indeksie, pani Mayako.
Obróciła głowę o kilka stopni w bok i obserwowała go przymrużonym okiem. Widocznie ją zaskoczył, jednak nie bardziej niż mnie, wywołując nagle sąsiadkę z ławki.
— Mikasa Ackerman — szepnęłam, podnosząc się, gdy Okanao siadała. — Mam dwadzieścia lat, skończyłam szkołę średnią w Newcastle, jestem zainteresowana edytorstwem.
Mówiłam zdecydowanie za cicho. Jednak nie zależało mi na tym, by inni wiedzieli kim jestem. Ważne, że on to słyszał.
— Jestem pod wrażeniem — oznajmił, masując podbródek palcami. — Cudowna dykcja, aż tak dobrze zna pani język polski?
— Moja babcia jest… Była Polką — odparłam, przyjmując odważniejszą pozycję. — Od małego mnie go uczyła, a ja zafascynowana chłonęłam tę wiedzę i w późniejszych latach.
— Interesujące... No cóż! — Poderwał na mnie spojrzenie. — A książka?
Ogniem i mieczem, Henryka Sienkiewicza.
— Ach! — Klasnął w dłonie i zwrócił się na pięcie. — Coś pięknego! Jednak się nie zawiodłem! Ten rok będzie owocny w naprawdę cudownych ludzi!
Usiadłam i wymieniłam z blondynką skonsternowane spojrzenia.
Zapowiadało się ciekawie.

***

Szłam korytarzem. Miałam kolejną, godzinną przerwę. Połowę spędziłam na ławce przed uczelnią, gdzie obserwowałam wszystkich ludzi. W tym Mayako.
Nie szukała znajomości, widziałam to. Stała pod ścianą i paliła powoli papierosa, ze słuchawkami. Miałam dziwną chęć na to, by poznać jej myśli. Ale jednocześnie nie wiedziałam, czy chcę zawierać tak szybko jakiekolwiek znajomości. Mimo wszystko, niesamowicie mnie zaintrygowała. Czułam, że wyróżnia się spośród wszystkich i już w jakiś niemy sposób zawarłyśmy sojusz.
Weszłam do budynku i ruszyłam przed siebie, pamiętając, że sala, w której miałam mieć teraz zajęcia — była obok poprzedniej. Włożyłam ręce do kieszeni spodni i wbiłam wzrok w podłogę, obserwując seledynowe kafelki. Zbliżałam się powoli do sporej grupy ludzi, która skandowała czyjeś imię. Chciałam ich ominąć, nie interesowało mnie to, co się tam działo, jednak jakaś dziwna, magnetyczna siła kazała mi się zatrzymać i to przemyśleć.
Przecisnęłam się przez tłum i stanęłam w pierwszej linii.
Coś we mnie pękło. Jakby w środku mojego żołądka znajdowała się taka mała kapsułka, którą soki w końcu rozpuściły, a jej wrząca zawartość rozpłynęła się po moim wnętrzu, na końcu mocno uciskając umysł.
Do ściany przylegała plecami jakaś skulona dziewczyna. Miała długie, fioletowe włosy, które sięgały do pasa i przeraźliwie jasne oczy, bezprecedensowo wołające o pomoc. Naprzeciwko niej stały dwie laski, które głośno rechotały, najwyraźniej chcąc tej ofierze dokopać. Jedna z nich była blondynką, stąd moja uwaga skupiła się na drugiej. Głośniejszej, większej i różowowłosej. Ludzie obserwowali to z dziwnym spokojem, jakby przyzwyczajeni do takiej sytuacji, która nie wydawała mi się normalna.
— No popatrz jakiego masz pecha dziewczyno. Kto by się spodziewał, że znowu będziemy tak blisko siebie. — Pudrowa wyraźnie miała ochotę się nad kimś poznęcać i padło na słabszego, jak to z reguły bywa. — Chyba tęskniłaś, bo sądzę, że już od dawna wiedziałaś gdzie jestem, a przyszłaś właśnie tutaj.
Patrzyła na nią z góry, jak jakiś kat na swoją ofiarę, którą miała zaraz pozbawić głowy. Nie rozumiałam dlaczego ta dziewczyna nie potrafiła wykrztusić z siebie słowa, gdy jej oponentka wystawiała ją na pośmiewisko przed naprawdę sporą ilością ludzi. I dlaczego nikt nie reagował?
— Odczep się ode mnie! — Głos jasnookiej był tak cholernie słaby. Sądząc po słowach różowej, wywierała na niej presję już od dawna, co jawnie odznaczało się w tej sytuacji.
Pamiętaj, że masz nie robić żadnego dymu...
— No popatrz, jaka odważna się zrobiła! — ryknęła różowowłosa, zwracając się do  przyjaciółki z cynicznym uśmiechem. — Przypomnę ci licealny smaczek!
Cofnęła się o krok, wyciągnęła łokieć do tyłu, zacisnęła dłoń w pięść i zamachnęła się, z niemałą siłą, prosto w twarz filoetowowłosej.
…żadnego dymu.
Sportowa torba uderzyła z łoskotem o ziemię.
— Co jest?! — wrzasnęła agresorka, gdy sprawnie wytrąciłam jej ramię z odpowiedniego toru.
Spojrzenie soczyście zielonych tęczówek, spotkało się z moim, które nie miało zamiaru odpuścić. Nienawidziłam takich ludzi. Wyrządzali krzywdę bezbronnym, tak jak wyrządzono ją mnie czy Leviemu. Brzydziłam się agresją, jednocześnie nie potrafiąc wyzbyć się swojej, ot, taki paradoks.
— Zostaw ją — warknęłam, spuszczając ramiona wzdłuż ciała.
Nie bałam się jej, ludzie potrafili zdradzać swój poziom jednym uderzeniem. Nie uważałam, że jest słaba. Wręcz przeciwnie. Widziałam w niej silnego rywala, ale tamtego dnia to ja byłam nad nią. Tylko i wyłącznie przez jej głupotę.
— Słuchaj kurwa, nie baw się w obrońcę zwierząt i nie wpierdalaj tam, gdzie cię nie wołają — wycedziła przez zęby. — Chcesz dołączyć do grona ofiar i zaprzyjaźnić się z tym śmieciem? — Głos tej dziewczyny mnie drażnił. Był chrapliwy, ranił uszy.
Wymierzyła w moim kierunku kolejny cios, który zwinnie odbiłam. Rozwścieczyło ją to. Może nie do granic możliwości, bo ich nie znałam… Ale widziałam, że liczyłam się już tylko ja i to, by w jakiś sposób mnie zniszczyć. Punkt dla mnie; ta kruszyna mogła szybko uciec, a ja czerpałabym jakąś minimalną satysfakcję z tego, że komuś w końcu pomogłam.
Wpieprzając się przy tym we własne, nowe kłopoty.
— Bez znaczenia do jakiego grona dołączę, byle nie musiałabym spadać do twojego poziomu. — Chciałam z całej swojej możliwej siły sprowokować ją do ataku. Adrenalina, która puściła się już swobodnie w moim ciele, standardowo odbierała mi resztki zdrowego rozsądku. — Ustąp, inaczej obie narobimy sobie kłopotów. Pragniesz tego?
Nie miałam pojęcia, dlaczego ludzie obserwowali mnie z takim przerażeniem. Nie chciało mi się wierzyć, że ta landryna rządziła uczelnią, ale ich reakcje mnie na to naprowadzały. Słyszałam szepty, ale szmer panujący w budynku nie pozwalał mi wyłapać żadnego słowa. Moja przeciwniczka cofnęła się o krok, chcąc otaksować mnie spojrzeniem. Widocznie wyprowadziłam kontrę godną jej samej, co w jakiś sposób ją intrygowało. Mimo to, tęgi wyraz twarzy jej nie opuszczał.
Ach, źle oceniłam sytuację.
— Kim ty kurwa jesteś? — syknęła, szykując się do kolejnego natarcia.
— W sumie to zupełnie nikim.
Pierwszy cios, odbity. Przy drugim, chwyciłam jej nadgarstek i sprawnie skosiłam jej nogi. Runęła na podłogę, robiąc przy tym sporo huku. Usłyszałam westchnięcia, chichoty. Zbiorowiska gapiów w takich sytuacjach były jak najbardziej normalne. I wtedy miało to swoje znaczenie. Problem fioletowowłosej przeistoczył się w mój. Jeżeli pozwoliłabym sobie na jakąkolwiek porażkę, zostałabym otulona cudownym mianem pyskatej pierwszoroczniaczki, która dostanie manto i będzie linczowana już do końca swoich dni.
Cholera, dlaczego akurat w taki sposób musiałam sprawić, by ludzie z góry się ode mnie odczepili? Wolałabym być szarakiem, snuć się po korytarzach i mieć wszystkich w dupie, tak jak oni mieliby mnie. Plan w połowie zrealizowany. Nikt do mnie nie podejdzie, ale będę wytykana palcami. Standardowo wlazłam w pieprzone bagno.
A trzeba było słuchać Leviego.
— Suko! — ryknęła, zrywając się z ziemi po chwili konsternacji.
Natarła na mnie, jednak tym razem umknęłam na bok, niebezpiecznie się przy tym chwiejąc. Zaliczyła bliskie spotkanie ze ścianą, przez co tym razem dotarły do mnie gromkie śmiechy gapiów. Robiłam wszystko, by się nie uśmiechnąć, utrzymując nadal otoczkę poważnej. Powiodłam wzrokiem na ofiarę, która wbijała we mnie przerażone spojrzenie.
— Opierając się na samej sile, niewiele zdziałasz — mruknęłam, unikając kolejnych ciosów.
Gdy następne uderzenie nie przyniosło skutku, odpuściła. Stanęła ze mną twarzą w twarz. Była tego samego wzrostu, postura również zbliżona do mojej, ale musiałam przyznać, że była zbudowana o niebo lepiej.
Wypuściła z siebie wściekle powietrze. Skrzywiłam się, wyczuwając od niej alkohol. Być może właśnie się pogrążałam, a ona sprawiała wrażenie mniej sprawnej ze względu na upojenie. Trudno, mimo tego, iż wpadłam w to bagno, nie mogłam pozwolić, by udało jej się tym razem, nawet jeśli każdy następny mógł być zagrożeniem.
Mierzyła mnie groźnym spojrzeniem, zaciskając przy tym pięści. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale wrzask jakiegoś chłopaka brutalnie jej to przerwał.
— Onoki!
Zmarszczyłam brwi, widząc jak ludzie w popłochu chcą uciekać, obijając się o siebie. Dosłownie jakby ktoś wrzucił między nas granat.
— To nie koniec — warknęła różowowłosa, dołączając do blondynki, która całe zajście oglądała z boku. Po chwili zginęły w rozjuszonym tłumie.
Wymieniłam z białooką spojrzenia, które mocno się od siebie różniły. Gdy ja zaczęłam osiągać spokój, jej panika rosła.
— Musimy uciekać! — szepnęła spanikowana, łapiąc odruchowo za rękaw mojej kurtki.
Zmarszczyłam czoło. Była zagubiona jak małe dziecko, szukające matki. Nie to, żebym czekała na jakieś dziękuję, bo w sumie nie zależało mi na tym, ale w tej chwili była bardziej przerażona niż wtedy, gdy różowa chciała połamać jej nos.
Nie rozumiałam co się dzieje, ani kim był Onoki, ale wszyscy przestraszyli się właśnie jego. Chciałam zapytać o to mojej nowej towarzyszki… Wciągnęłam jednak z przerażeniem powietrze, gdy w dziewczynę wpadł jakiś blondyn i pociągnął za sobą w głąb korytarza, tak jakby chciał ją ukraść lub… ukryć?
Zostałam w miejscu, gotowa na konfrontację z powodem strachu studentów. Spuściłam ramiona wzdłuż ciała i zaczęłam zwracać się za siebie, ale tak samo jak w ofiarę, we mnie również ktoś wbiegł. Poczułam jak silne ramię okala mój brzuch i odrywa mnie od ziemi, ciągnąc jak najdalej od miejsca bójki. Przez chwilę myślałam, że to Levi… Ale za dobrze znałam jego anatomię, by móc przytrzymać się tego zdania. Choć mój porywacz posiadał równie mocną sylwetkę.
Nim się zorientowałam, stałam już przy ścianie pod schodami, a cały widok przede mną przesłaniała szeroka klatka piersiowa, która co chwilę unosiła się od dzikich wdechów. Wbijałam w nią wzrok, nie potrafiąc spojrzeć w górę, na twarz jej posiadacza.
— Ktoś widział, gdzie pobiegli?! — Głos staruszka sprawił, że zaschło mi w gardle.
Dobra, już mogłam się spokojnie domyślić, że był to jakiś wykładowca. Do tego nielubiany lub potwornie konsekwentny w swoich działaniach. A ja, głupia, sprawiłam sobie bilet w jedną stronę, który pozbawiał mnie miejsca na tej uczelni.
Wciągnęłam krótki oddech, gdy męskie dłonie głośno uderzyły w ścianę, po obu stronach mojej głowy. Nieznajoma, zaciemniona twarz pojawiła się tuż przede mną, zatrzymując na moment przepływ mojej krwi. Wbiłam wzrok w jego policzki, przebiegłam nim po nosie, brodzie, ustach. Chciałam oderwać się od zimnej powłoki i uciec, lub go rozszarpać. Zminimalizował dzielący nas dystans do zera, czego jeszcze nikt, nigdy nie osiągnął. Nie w takim stopniu. Czułam, jak jego gorący oddech owiewa mój policzek, szyję. Nasze spojrzenia w końcu się spotkały. Po moich plecach przeszedł silny dreszcz, gdy kruczoczarne tęczówki skupiały się na moich oczach. Cholera jasna, co to był za wzrok! Miałam wrażenie, że wkradł się w głąb mnie i właśnie penetrował zakamarki mojego umysłu, w którym kryły się najsilniej strzeżone tajemnice. Czułam, jak czytał mnie niczym otwartą księgę.
— Widzieliście kto to był?! — Onoki znajdował się tuż za plecami chłopaka.
— Nie bój się — wyszepnął w taki sposób, że ciepło jego oddechu skupiło się tylko i wyłącznie na moich wargach.
Nie zdążyłam zapytać czego; poczułam jak jego dłoń przylega do mojego boku, a drugą zakrywa mi usta. Chwilę po tym, sam docisnął swoje do jej zewnętrznej strony. Zapach wody kolońskiej zamieszał mi w umyśle.
Złamał mnie.
Imitował pocałunek, nie mając pojęcia, że ja zaczynam się sypać jak pierdolony domek z kart. Łzy stanęły pod powiekami, nogi zmiękły. Wstąpiły nawet zawroty głowy, jakby tego było mało.
— Hej, wy tam! Nie mizdrzyć się po kątach!
Egzystencjonalny kat oderwał się od mojego ciała i zwrócił bokiem. W końcu ujrzałam człowieka, którego każdy się bał. Sięgał mi do piersi, był pulchny, posiwiały, a jego pomarszczoną twarz zdobił ogromny nos.
— Przepraszam profesorze — mruknął szatyn, który ostentacyjnie podrapał się po karku.
— Ach, to ty Inuzuka — prychnął, krzyżując ramiona na piersiach. — Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że ta zadyma to twoja sprawka.
— Nie tym razem, panie Ryotenbin.
Wodziłam wzrokiem po ich twarzach, w skupieniu obserwując, jak chłopak bajeruje staruszka. Kim on był? Czemu robił to, co robił? Czemu mnie dotykał? Złapałam się za głowę, mając wrażenie, że zaraz mi odpadnie.
— Na zajęcia! — Onoki skarcił nas nieprzychylnym spojrzeniem po czym odszedł, rezygnując z odnalezienia sprawców incydentu.
Szatyn odprowadził go wzrokiem. Odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął lekko, schylając po moją torbę, która leżała obok jego nóg.
— Mało brakowało. — Westchnął i wyciągnął przed siebie rękę z moją własnością.
— Co ty sobie wyobrażasz?! — huknęłam, zaciskając palce na pasku wyrwanej rzeczy. — Co to miało być?!
— Hej, hej! Spokojnie dziewczyno! — Podniósł dłonie w geście kapitulacji.
— Nigdy więcej tego kurwa nie rób, jeśli ci życie miłe — warknęłam. Przyłożyłam dłoń do czoła i wplotłam palce we włosy. Próbowałam unormować niespokojny oddech i w dalszym ciągu zrozumieć, co właśnie zaszło. Gdy dostrzegłam, że ponownie próbuje mnie dotknąć, poruszyłam się gwałtownie, by od razu ją odtrącić. — Nie dotykaj mnie.
Zmrużył powieki, a sympatyczny wyraz twarzy ulotnił się jak para znad kubka z gorącą kawą. Zniżył lekko głowę, chcąc mi się dokładnie przyjrzeć. Miałam wrażenie, że chwilę wcześniej poznał całą historię mojej chorej przeszłości, ale w tamtym momencie utwierdziłam się w przekonaniu, że wiedział dokładnie tyle, co nic. Męskie rysy twarzy mocno się wyostrzyły. Widziałam, jak przygryzał wnętrze policzków, dumając nad jakąś wypowiedzią.
Postąpiłam krok do przodu, ale zatorował mi drogę.
— Chciałem ci pomóc. — Jego ton również uległ zmianie. Nawet barwa głosu nabrała swoistej wyrazistości; poczułam lekkie dreszcze. Już nie był tym śmieszkiem co przed chwilą, a dziwnym chłopakiem o niespokojnej aurze.
— Nie prosiłam o pomoc — odparłam, mierząc się z nim wzrokiem.
— Ale jej potrzebowałaś. — Drgnął niespokojnie. — Zdajesz sobie sprawę, co zrobiłaś?
Powaga jaką przyjął, zmiażdżyła mnie. Czyli zaczynając z tą dziewczyną, wpędziłam się w najgorsze, możliwe gówno?
— Nie, nie zdaję. — Tak głupia, zgrywaj odważną.
— Rozwaliłaś ją na łopatki! — wrzasnął wesoło, wprawiając mnie w osłupienie. — Jesteś pierwszą osobą, która postawiła jej się w ten sposób.
Boże, niech on już sobie pójdzie.
— Nie rób sobie żartów, pajacu — warknęłam, chcąc go wyminąć. — Nie dotykaj mnie więcej.
— Gwiazdo, jakieś dziękuje mi się chyba jednak należy — burknął, chwytając mnie za kaptur kurtki, przez co zachwiałam się do tyłu.
Złapałam równowagę i zwróciłam za siebie głowę, mając ochotę oderwać mu przyrodzenie… Mimo wszystko, miał rację. Uratował moją karierę studentki, a ja nienawidziłam być za coś wdzięczna… Kurwa.
— Dzięki — rzuciłam, chcąc iść dalej.
— No poczekaj! — jęknął, dobiegając do mnie.
Stanął na pierwszym stopniu schodów i schylił się, by znowu zajrzeć mi w oczy.
— Jak ci na imię? — spytał, gdy po kilku próbach wejścia na górę, w końcu temu zaprzestałam.
— A co cię to interesuje? — Denerwował mnie coraz bardziej.
— Oj daj spokój! — Wyrzucił w górę ramiona. — Udawanie takiej nieprzystępnej nie pomoże ci w znajdowaniu nowych znajomości.
— Nie przyszło ci do głowy, że takich nie szukam?
— Moje nazwisko już znasz. Na imię mam Kiba. — Zmienił taktykę, zupełnie zbywając moje słowa. — Nie miałem żadnych złych intencji, po prostu po tym, co tam się działo, mogłaś wpaść w niemałe kłopoty. Zaimponowałaś mi. I większości ludzi.
— W gwoli ścisłości... Boże, przestań się na mnie gapić!
— Kiedy nie mogę! — Wyszczerzył zęby w, naprawdę przyjemnym dla oczu i duszy, uśmiechu. — Co ty masz za kolor oczu?
— Nie, nie, nie! Odejdź! — Protestowałam, próbując go od siebie odsunąć rękoma, ale ten cały czas robił kroki w moim kierunku. — Mikasa! Mikasa Ackerman!
Zatrzymał się. Przez chwilę znowu przyglądał mi się z chłodnym wyrazem twarzy, jednak jego oczy przyjaźnie błysęły. Było w nim coś, co mnie poruszyło… W nim całym, choć tak naprawdę zupełnie obcym.
— Jesteś strasznie ciekawa.
— To fajnie.
— No.
— Mogę już iść?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo chcę jeszcze przez chwilę na ciebie popatrzeć.
Przez tę głupią szermierkę słowną musiałam potrząsnąć głową. Stanęłam luźno, krzyżując ramiona na piersiach i wbiłam wzrok w okno. Niech się napatrzy, może to ostatni raz, kiedy ma szansę.
— Już? — mruknęłam.
— Powiedzmy.
— Dasz mi teraz spokój? — spytałam, poprawiając torbę.
— Tak — rzucił, wymijając mnie — ale tylko do jutra.

***

— Prosiłem — mruknął, opierając się tyłkiem o drzwi pasażera.
Palił papierosa i patrzył w dal, nad moją głową.
— Nie moja wina, działałam instynktownie.
— To niech twój instynkt zacznie się skupiać na tobie — obruszył się i stuknął mnie w czoło. — Gdyby nie ten chłopak, już mogłabyś się pożegnać ze statusem studenta. Swoją drogą, powinien dostać kopa w dupę, za to, że cię w ogóle dotykał.
— Levi — jęknęłam przeciągle, wrzucając torbę na tył samochodu.
— Srevi, masz na siebie uważać, rozumiesz? — burknął i strzelił petem na trawnik.
— Siems Mikasa! — Usłyszałam za sobą dziewczęcy głos i energicznie zwróciłam się w kierunku, z którego do mne dobiegł. — Do jutra wojowniczko!
Zaskoczona, jednak się uśmiechnęłam. Mayako minęła nas, oczywiście ze słuchawkami na głowie i machnęła mi ręką. Odpowiedziałam tym gestem, po czym zwróciłam się do brata, by pochwalić się tym, że mam sojusznika, jednak zaskoczyła mnie jego postawa.
Wiódł wzrokiem za blondynką, która zaczęła biec, by zdążyć na autobus. Wsiadła do tego, oznakowanego numerem dwanaście i rozsiadła się wygodnie. Po chwili zniknęła mi z oczu.
— Te, bo się zakochasz… — Odepchnęłam go od drzwi, które chciałam otworzyć i władowałam się do środka.
— Kto to był? — spytał, odpalając auto.
— Ode mnie z roku — odparłam, wyciągając z kieszeni słuchawki. — Jest specyficzna, ale wydaje się być równa. Zobaczymy, co pokaże czas.
— Zastanawiam się, czy Touka zdemolowała już mieszkanie — westchnął, nakręcając.
— Nie wiem... Ale nie zdziwię się, jeśli nasikała na łóżko Gaary.
Uśmiechnął się pod nosem, rozejrzał i wyjechał na główną ulicę, gdzie zmieszaliśmy się z innymi autami.
— Dzwoniła Elizabeth, twoja współlokatorka ma być na osiemnastą trzydzieści.
— Czyli my też powinniśmy tam być w tych granicach.
— Taa.
Widziałam po nim, że nadal mu ten pomysł nie przypadał do gustu. Trudno, musiał się w końcu pogodzić z tym, że jestem już dorosła. Myślałam, że rozpoczynając przygodę z kickboxingiem, trochę go uspokoję, ale nawet po tych pięciu latach trenowania, ciągle wisiał nade mną, wciąż powtarzając, że nie powinnam tego robić, bo to niedziewczęce.
Musiałam ustabilizować się psychicznie, zminimalizować strach i uświadomić go w tym, że nie zawsze był przy mnie, prawda?

***

— Może przejedziemy się z wami? Pomożemy przy bagażach, czy coś — mruknął Erwin, wchodząc do kuchni.
Siedziałam przy stole, okalając dłońmi ciepły kubek, wypełniony już tylko do połowy kawą. Wpatrywałam się w naczynie jak w bóstwo.
— Ale beze mnie — odparł Gaara, który grzebał w lodówce. — Sam muszę pomóc Temari, ta łamaga polazła na uczelnie z bagażami, zamiast dać mi znać.
— Temari? — mruknęłam, wybudzając się z letargu. Znajome imię miało się stać... bardziej znajomym?
— Ta, moja młodsza siostra — prychnął, otwierając puszkę jakiegoś napoju. Wziął łyka i otworzył szerzej oczy. Przepłukał zęby, przez co się wzdrygnęłam i spojrzał na mnie uważnie. — Zaraz, Mikasa... Ty poszłaś na filologię polską?
— No — burknęłam, odwracając się całkiem w jego stronę.
— No to pewnie się już poznałyście – zaśmiał się, jednak moja niewzruszona mina, troszkę zbiła go z tropu. — Nie poznałyście?
— Nie — odparłam spokojnie, dopiłam resztę kawy i wstawiłam kubek do zlewu. — Zapamiętałam tylko jej imię i to, że jest naszym starostą. Więcej informacji mi nie trzeba, prawda bracie?
— Zuch dziewczyna — szepnął do mnie, gdy mijaliśmy się w przejściu.
Touka widocznie przywykła już do tego mieszkania i aż szkoda było mi ją znowu z niego wyciągać. Ale wiedziałam, że to już ostatni raz i da sobie radę. Tak jak ja... chyba.
Poszłam do sypialni Leviego, by zebrać rozrzucone wcześniej rzeczy. Opornie mi to szło, jednak gdy już skończyłam, przysiadłam na łóżku i wpatrywałam się w szalik, który podrzucił mi Eren.
Cholera, ja naprawdę miałam znaleźć się w mieszkaniu, w którym miałam żyć bez żadnej, bliskiej mi osoby. Dopiero zaczynały napawać mnie strach i obawy, przed którymi tak skutecznie się broniłam. Czy zaczynałam bać się odpowiedzialności? Czasami miałam wrażenie, że tylko próbowałam być jak Levi. Niewzruszona, zimna, odosobniona. Jemu jednak w końcu udało się znaleźć jakiś kumpli, tu na studiach... Czy ja tez mogłam na to liczyć? Czy ja tego chciałam? On potrafił być elastycznym, ja nie... Raz byliśmy tacy sami, a innym razem zupełnie różni.
Jedno jednak łączyło nas dobitnie. Oboje nie potrafiliśmy się zakochać i odtrącaliśmy miłość, którą chciano nas obdarzyć. To trwało tak długo, że zamknęliśmy się, ograniczając nasze uczucia do siebie nawzajem, przez tragedię, która splatała nasze więzi tak silnie, że stały się nierozerwalne. Z zewnątrz mogło to wyglądać na toksyczną, chorą relację, jednak póki mieliśmy siebie, to było nie ważne. Nikt nie był ważny oprócz nas, cioci, wujka i co najważniejsze — Erena.
To wszystko musiało jednak w końcu ulec zmianie, jeżeli chcielibyśmy w przyszłości żyć normalnie. I po cichu wierzyłam, że studia to zmienią.
— Gotowa? — Brat stanął w progu pokoju i przyjrzał mi się uważnie.
Podniosłam na niego sztucznie radosne spojrzenie i owinęłam szyję bordowym materiałem. Naciągnęłam go na nos i wchłonęłam jego zapach, który przypomniał mi o domu wujostwa. Nie widziałam ich raptem dwie doby, a już zaczynałam tęsknić, to nienormalne.
Zabrałam torbę, Rivai zgarnął obie walizki. Smith odebrał jedną z nich, pożegnałam się z Gaarą, spięłam obrożę Touki ze smyczą, a kilka chwil później siedziałam już w aucie.

Po drodze zatrzymaliśmy się w sieciówce i zrobiliśmy zakupy, co by lodówka nie była pusta.
Gadali mi jakieś niestworzone głupoty, by poprawić moje ponure samopoczucie i jako tako im to wychodziło. Mimo to, gdy wysiadłam z auta i popatrzyłam na wieżowiec, nogi mi się zatrzęsły. Chłopcy zaczęli wyciągać wszystko z auta. Telefon blondyna rozdzwonił się głośno, odejmując go tym samym z wyprawy na górę. Podobno jego mama nie była osobą ugodową, a zwykłe oddzwonię później było jak strzał w kolano.
Weszliśmy w trzecią od lewej klatkę i skierowaliśmy się w stronę windy. Rivai wcisnął guzik, a po chwili drzwi się otworzyły, ukazując nam puste wnętrze puszki, którą jeździć nie lubiłam. Nie pasowało mi jednak iść dziesięć pięter w górę z całym tym bagażem. Gdy maszyna ruszyła, poczułam zawroty głowy. Bacznie obserwowałam swoje odbicie w lustrze, co jakiś czas spoglądając na brata, który mocno się zawiesił.
Drzwi się rozsunęły, a my wyszliśmy na zimną przestrzeń. Na każdym piętrze znajdowały się cztery mieszkania; szukaliśmy tego, z numerem trzydzieści dziewięć. Z daleka dostrzegliśmy, że wejście jest uchylone, a w przedpokoju pali się światło. Spojrzałam na zegarek, wskazywał osiemnastą trzydzieści cztery. Już wiedziałam, że moja współlokatorka dogadałaby się z Levim. Porządek i punktualność, dwie tak bardzo istotne rzeczy.
Nim zdążyłam zapukać, w przejściu pojawiła się starsza kobieta. Mniej więcej mojego wzrostu, szczupła. Na głowie nosiła koka, związanego z dosyć długich, siwych włosów. Choć zmarszczki zdobiły całą jej twarz, miałam wrażenie, że bije od niej mocna witalność i energia. Gdy zamknęła mnie w swoim uścisku, zrozumiałam, że to nie tylko wrażenie. Czułam, jak każde żebro z kolei, strzela.
— Mikasa, jak miło cię w końcu poznać! — krzyknęła, ochoczo całując mój policzek.
— Mi panią również. — Uśmiechnęłam się niepewnie, jednak widząc, jak Elizabeth maltretuje Leviego, z trudem pohamowałam chichot.
— Dziecino, będzie ci tu dobrze, gwarantuję! — krzyknęła, wciągając nas na przestrzenny korytarz. Beżowe ściany idealnie komponowały się z ciemno brązową komodą, półkami, wieszakami i ramą lustra. — Twoja współlokatorka już jest!
— Moja współlokatorka — powtórzyłam mimowolnie.
Podniosłam wzrok na dziewczynę, która zrobiła to samo wobec mnie.
Te oczy... włosy... ta postawa. Nie, to jakiś żart.
— Znowu się spotykamy — szepnęła, mrużąc powieki.

14 komentarzy:

  1. <333333333333333333333333333333333333333333

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No w końcu mogę skomentować, mhyhyhyh. B|
      Wcale nie uważam, że ten rozdział jest nudny. Ciekawie wprowadziłaś nas w świat Mikasy i Leviego, przedstawiłaś nam łączące ich więzi i pokrótce charaktery każdego z nich. A to wcale nudne nie jest!
      NO I TOUKA. JAK JA CHCEM TAKIEGO PSAAAAAAA. Malamuty są takie piękne, cudowne, dostojne... Nie to co moja wstręciucha. xDDDD
      Strasznie spodobała mi się scena pożegnania. Aż mnie ściskało w brzuszku na myśl, że muszą się rozstać, że Mikasa tak się boi "nowego życia". Na szczęście mogła wziąć ze sobą piesła. :3
      Możesz się domyślać, że najbardziej podobała mi się scena z Kibą. Ale zanim... Mayako. :3 No wykapana Ty. xD Znaczy ja wiem, że to Ty, ale no. Chodzi mi o to, że jej nie przekolorywujesz. xD Od razu ją polubiłam. :DDDD
      I jak już pisałam: Sakura-kurwa. xD No pizda no. Znęcać się nad Hinatą? .______. Pewnie nie miałabym odwagi, żeby jej zajebać (heloooooou, ty się nie umiesz bić, Kejża! ), dlatego Mikasa bardzo mi zaimponowała. Miałam oczywiście nadzieję, że dziewczyna się do bójki wtrąci. A potem Kibaaaaaaa, ojeja. xD Jaki on kochany. xD Ja nie rozumiem, na takiego faceta to przecież trzeba się rzucać, a nie odtrącać. xDDDDDDD
      Przepraszam, nie mam weny na komentarze, generalnie na pisanie. xDDD Dlatego tak ogólnikowo Ci powiem, że Zamknięte zapowiadają się naprawdę ciekawie. Nie mam pojęcia, co tam jeszcze kombinujesz, dlatego czekam czekam i będę ponaglać, jak zajdzie taka potrzeba. :3
      <333333

      Usuń
    2. hihihiihih, już połóweczka jest. :D

      Usuń
  2. Ohohohoh jaram się jak World Trade Center <3 zabijasz mnie swoim humorem. I Kiba <3 Chyba pierwszy raz ktoś mu nadał w końcu jakiś charakter mający ręce i nogi. Sakura ma wjazd na chatę za znęcanie się nad moją Hinatką. W moim nowym opowiadaniu też jest suką i szmatą XD Chcę już dwójkę i ma być tak samo długa, bo ZAKOCHAŁAM SIĘ <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiba będzie mieć bardzo ręce i nogi. Jakkolwiek to brzmi. xD

      Usuń
  3. Powiedz czemu tak świetnie piszesz? Miałam nie czytać kijem się broniłam jeśli chodzi o to opowiadanie, a teraz oderwać się nie mogę i co? I czatuję przed laptopem na ciąg dalszy. Mózg mi rozwaliło! Ale ZAKOCHAŁAM SIĘ w tym opowiadaniu i zobowiązuję się pod każdą notką zostawić po sobie jakiś ślad, a jak nie zostawię to mnie opieprz i tyle :P
    Pozdrawiam i oby tak dalej

    OdpowiedzUsuń
  4. Czekałaś? Tęskniłaś?
    No przecież wiem, że nie.
    Jednak, tak jak obiecałam, jestem. Melduję się na posterunku.
    Generalnie kategoria "cross-over" zawsze napawała mnie lękiem, przez co nigdy nie odważyłam się w nią wejść, nawet kiedy na spisach mamiła mnie wręcz niemiłosiernie. Krążyła nade mną trochę jak widmo, ale pozostałam twarda, obchodząc ją szerokim łukiem. Po prostu nie miałam pojęcia, czym ona do cholery była. Ale już wiem - punkt dla Imai.
    Samo połączenie Tytanów i Naruto - moich dwóch ulubionych serii - jest intrygujące. Jakby było tego mało, Mikasa, Levi i Eren są rodziną. BANG. Nie wiem dlaczego, ale Levi strasznie kojarzy mi się z Gaarą wykreowanym przez Kisimoto. To nic złego, rzecz jasna, lecz to rodzeństwo momentalnie spiknęłam albo z Gaarą, Temari i Kankuro, albo trójką z Deszczu - Yahiko, Konan i Nagato. Ot takie... zboczenie zawodowe.
    "Mika" - chyba cię za to ubiję. To taka sama zbrodnia, jak mówić na Sakurę "Saki", a na Sasuke "Sasek" - w opowiadaniach rzecz jasna, nie wspominam o luźnych rozmowach. Ranisz. Proszę, nie rób tak więcej, a jak już, to rzadko.
    Oks. Z początku poznajemy całą uroczą rodzinkę, dla której słowo "urocza" zostało wręcz stworzone - w pozytywnym aspekcie, oczywiście. Sam motyw psa wydaje się ciekawy, bo możesz wykorzystać go na wiele sposobów i domyślam się, że nie omieszkasz się tego zrobić.
    ...
    Okay. Totalnie zakochałam się w Levim - i tym oryginalnym i tym "made by Mayako", choć może bardziej w tym drugim?
    Gaara też tu jest. Erwin też, hm. No nie powiem, bo zapowiada się ciekawie i aż się boję co może z tego wyjść - tak, piszę komentarz na bieżąco, więc wybacz ewentualne potknięcia wcześniej.
    Wiesz co? Na miejscu Mikasy wolałabym zostać z tą trójką w mieszkaniu Leviego, niż z jakąś laską. Jeszcze nie mam pojęcia, kim ona jest, ale to lokum chyba podbiło me serce.
    Ogniem i mieczem? Ryly? Nie załamuj mnie XD
    Yhym. Czas przejść do konkretów.
    Czy każdy facet musi być tu idealny i przypominać mi, że w mojej dziurze takowi nie istnieją? No czemu mi to robisz? No czemu? Ten moment z Kibą... No masz mnie w garści, bejb. Czyżbym wyczuwałam romans między Levim i Mayako? :3 Lubię to!
    Rozumiem, że Mikasa wyratowała Hinatę, a jej współlokatorką jest Sakura - bo jest, no nie? Całokształt bardzo mi się podoba. W sumie zapomniałam, jak bardzo lubię czytać dobre opowiadania. Przypomniałaś mi jakie to fajne uczucie, więc z pewnością powtórzę ten zabieg.
    JESTEM NA TAK, na duże 3X TAK.
    Nie spieprz tego, bo mi się spodobało.
    Bardzo.
    Dziękuję, dobranoc, tyle w temacie <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może to Mayako będzie współlokatorką Mikasy, a nie Sakura? Jakoś to było pierwsze, co mi przeszło przez myśl. ^^

      Usuń
    2. Cicho tam z tym ogniem i mieczem, musiałam zarzucić jakiś temat. xD I jak powiedziałam, żaden z nich nie będzie idealny! xD I nie spieprzę. xD

      A co do waszych spekulacji na temat lokatorki, phi. Jakieś pół roku temu Kejża wspomniałam z kim będzie mieszkać główna bohaterka. :D

      Usuń
  5. Fak i co ja mam tu napisać. xD
    Zacznijmy od tego, że przekonałaś mnie tym, że będzie tu Gaara. Serio. Inaczej nie wiem czy bym weszła bo cross-over z mangą o której w sumie nic nie wiem.
    Dlatego musiałam sobie obczaić tego całego Leviego Mikase i innych. W mangdze są tacy średni, ale tutaj całkiem dobrze ich sobie wyobrażam xD.
    Nadal nie wiem co mam napisać, bo kompletnie nie wiem, czego mam sie spodziewać. Serio.
    Prolog był genialny. Podobał mi się bardzo.
    Ale po nim jak zaczęłam czytać rozdział to przez chwilę byłam zagubiona. Dopiero w połowie się ogarnęłam, że to było ileś tam temu. I takie tam.
    ( Jeżu, sry za tak nie ogarnięty komentarz te błędy i wgl, ale robie aktualnie kilka rzeczy na raz. Mianowicie popisuje się swoim talentem kulinarskim)
    I mam trochę mało czasu.

    Wracając.
    Rozdział 1 faktycznie jest takim wstepem, ale nudne nie jest, głupku xD

    CDN. XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha weszłam luknąć, czy odpisałaś coś na mój bezsensowny komentarz na którego wtedy nie miałam sesnu, a tu patrze, że druga jego część nie została dodana.
      ;_____;
      No kurwa, ja ją serio pisałam.
      I nie nie napisze go drugi raz.
      Musisz się pocieszyć tamtym czymś xD

      Usuń
    2. *zamiast sensu to pomysłu tam powinno być
      (Ja być Kali)
      ;_______________;

      Usuń
  6. No nareszcie przysiadłam i przeczytałam. Bardzo mi się podoba. Długie, pełne opisów, niebanalne - wszystko tak, jak lubię :] Wcale nie nudnie, czy co ty tam jeszcze chcesz. Wybacz, że nie wysilę się na więcej, ale padam na twarz. Jest super i niecierpliwie czekam na II! :*

    OdpowiedzUsuń