20 mar 2016

XVII. Przeszłość


“Czy moje miejsce jest gdzieś, gdzieś daleko stąd?
Czy tylko pędzę przed siebie gdzieś gdzie mnie niesie prąd?
Gdzieś na granicy między niebem i piekłem jest on,
za serce ciągnie mnie do siebie wciąż — widnokrąg.”
Zeus

— Jeżeli nie jesteś gotowa, po prostu pojedźmy do mnie.
Wpatrywałam się w okno mieszkania, mając wrażenie, że moje ciało przyrosło do fotela. Kiba zdążył skontaktować się z Naruto, który wyliczył wszystkich ludzi, znajdujących się w mieszkaniu, a niektóre osobowości strasznie mnie przytłoczyły. Szczególnie Levi, którego rzecz jasna spodziewałam się od samego początku. Wiedziałam, że spotkanie z nimi będzie nieuchronne, ale niewielka część mojego umysłu wciąż starała się ową konfrontację opóźnić.
— Bez sensu — odparłam prawie bezgłośnie, odpinając pas. Czułam, jak mnie mdli, jak drętwieją mi palce, jak nogi zaczynają drżeć ze stresu, ale co innego mogłam zrobić, jeżeli nie pójść tam i po prostu tego jakoś przeżyć? — Dam radę.
— W to nie wątpię, ale lepiej, żebyś sobie poukładała w głowie. — Poruszył się i sięgnął do tyłu po nasze kurtki. —  Levi podobno jest całkiem pokojowo nastawiony, więc jakakolwiek prowokacja z twojej strony będzie jak samobójczy strzał w głowę.
— Możesz nie dokładać mi stresu?
Wyrwałam odzienie i nakryłam się nim, by w końcu otworzyć drzwi auta. Mroźne powietrze prędko uderzyło w moją twarz, dając jakieś znikome ukojenie; postawiłam nogi na ośnieżonym chodniku i wzięłam głęboki wdech, sądząc, że to jakoś pomoże. Inuzuka wyciągnął z bagażnika nasze torby, wcześniej wypuszczając z samochodu psy. Cała drżałam i widziałam to nawet po durnych, trzęsących się włosach, a nie było mi wcale zimno.
— Chodź — szepnął, blokując drzwi — im szybciej przez to przebrniesz, tym lepiej.
Weszliśmy na klatkę, a potem do windy, w której dostałam męczących zawrotów głowy. W mieszkaniu znajdowało się osiem osób; osiem różnych charakterów, które miały mi coś do powiedzenia i mogły zniszczyć ostatnie naruszone bariery wytrzymałości psychicznej. Gdy byliśmy już pod drzwiami, słyszałam gwarę obecnych w środku ludzi; aż cofnęłam się o krok, czując, jak serce wyrywa mi się z piersi.
— Teraz chcesz odpuścić? — szepnął, łapiąc mnie za przedramię.
— Chyba jednak nie dam rady — wystękałam, lecz nim zdążyłam zrobić jeszcze jakikolwiek ruch, bez uprzedzenia złapał za klamkę i pchnął lekko drzwi. — Nienawidzę cię.
Oblało nas światło z korytarza, przez który akurat przechodziła Hinata. Zatrzymała się w miejscu, nie zwracając uwagi na głośne rozmowy dobiegające z salonu i wbiła spojrzenie prosto w moje oczy. Jej bezruch tylko wzmógł dręczącą panikę, lecz po kilku chwilach pewnie ruszyła w naszą stronę i bez słowa mnie objęła.
— Nareszcie — mruknęła, witając się po chwili z chłopakiem. — Już myślałam, że porwał cię na dobre.
Z kuchni wychyliła się znana, blond czupryna, a moment później na twarzy Naruto zawitał szeroki uśmiech. Prędko do nas podszedł i uściskał z wymowną miną.
— Może w końcu się stąd wyniosą — mruknął, wskazując kciukiem za siebie — stworzyli tu sobie obozowisko.
— Gdzie Levi? — zapytałam niespokojnie, gdy wewnątrz mieszkania wszyscy zamilkli.
— Waruje na fotelu — rzucił kąśliwe Naruto, odbierając od nas kurtki.
Kiba ostrożnie położył nasze torby pod komodą i chwycił mnie za rękę, chcąc dodać jakiejś minimalnej otuchy. Ruszyliśmy z wolna do salonu, a mój niepokój dosłownie sięgnął zenitu, kiedy stanęliśmy w progu pomieszczenia. Wlepili we mnie zagadkowy, nieco opustoszały wzrok, a ich twarze zdobiła irytująca konsternacja. Bałam się drgnąć czy wydusić z siebie choćby jedno, krótkie słowo. Dopadł mnie przejmujący chłód, a widok zmętniał od zbierających się łez, których tak cholernie nie chciałam im pokazać. Wzdrygnęłam się w końcu, kiedy Levi dosyć energicznie wstał z fotela; na krótki moment uderzyło we mnie wspomnienie jego agresji sprzed kilku dni. Przestraszona cofnęłam się o krok i wyrwałam ramię z uścisku Inuzuki, by uciec do ciemnej kuchni. Słyszałam, jak wszyscy szeptali, by brat był spokojny i na mnie nie naskakiwał.
Wparowałam do pomieszczenia i pod wpływem impulsu, zaczęłam rozglądać się po meblach skąpanych w półmroku; chciałam złapać jakiś przedmiot, który pozwoliłby mi się obronić przez Rivaiem, w razie gdyby ponownie wpadł w jakiś szał i próbował zrobić inne, dużo gorsze rzeczy niż akcja na uczelni, przed moją ucieczką. Jakoś zapewnienia Uzumakiego o spokoju bruneta do mnie nie przemawiały; za dobrze znałam Leviego.
Znieruchomiałam nagle, czując, jak na twarzy dosłownie zaczął skraplać się pot. Panika, strach i niemoc, które ogarnęły mnie doszczętnie, sprawiły mi najgorszy, możliwy w tamtej chwili prezent; ukochaną przyjaciółkę.
— Weź nóż — usłyszałam szorstki, rozbawiony głos — kto wie, czy nie będzie próbował cię udusić.
Rozejrzałam się energicznie, szukając tej cholernej Strzygi po całym pomieszczeniu, ale widocznie tym razem mój umysł nie potrafił przywołać jej znienawidzonego wizerunku. Przeszły mnie dreszcze, nogi się ugięły; odruchowo złapałam się blatu, nie chcąc runąć na ziemię i spostrzegłam cień ludzkiej sylwetki, która stanęła w przejściu.
— Mikasa. — Usłyszałam brata. Jego głos był miękki, cichy i stonowany. — Musimy porozmawiać.
— Odejdź — warknęłam, sama do końca nie wiedząc, czy owy nakaz kierowałam do niego czy tej gnijącej zdziry, kryjącej się gdzieś w najciemniejszym kącie.
— Dasz się znowu stłamsić, mała istotko? Kto wie, może to on przywołuje do ciebie naszą przeszłość? — Prowokowała mnie, chcąc zmusić do czynów, których mogłabym potem żałować.
— Mikasa, posłuchaj mnie… — drążył Levi, nie zdając sobie prawdopodobnie sprawy z tego, co znowu się ze mną działo.
Przycisnęłam dłonie do głowy, zaciskając palce na włosach i dałam krok w głąb pomieszczenia, co okazało się jednym z najgorszych, możliwych posunięć. Pojawiła się zupełnie nagle i stanęła ze mną twarzą w twarz. Podniosłam rozbiegany wzrok i zacisnęłam szczęki, kiedy jej ostre kły pojawiły się tuż przed moją buzią. Puste oczy błysnęły złowrogo spod czarnych strąków włosów, a obdarte ze skóry dłonie zaczęły wznosić się ku mojej szyi. Atakowała wszystkie moje zmysły i próbowała wytrącić z resztek panowania nad sobą.
Udało jej się, jak zwykle.
Pisnęłam głośno i zaczęłam wymachiwać rękoma, kiedy poczułam jej lodowaty dotyk na dekolcie. Z całych sił starałam się nie krzyczeć, nie robić niczego chorego, by tylko nikt z pozostałych w salonie ludzi nie zwrócił na mnie uwagi, ale nie dałam rady. Chciała mnie dostać w swoje łapska, chciała sprawić, bym odkryła się przed przyjaciółmi; miała po prostu plan doskonały, któremu musiałam się poddać. Zataczałam kółka, mając wrażenie, że patrzy na mnie z każdej możliwej strony. Chciałam się od niej odpędzić, pragnęłam by zniknęła raz na zawsze. Nie potrafiłam już znieść tego, że wciąż wracała, a razem z nią wszystkie, brutalne sceny z tamtej nocy. Doskonale jednak wiedziałam, że nie było na nią innego sposobu, niż spełnienie jej marzeń.
Odebranie sobie tego cholernego życia.
— Nie mam już do tego sił! — zawyłam bezradnie, chyląc się ku upadkowi na zimne, kuchenne kafelki.
Lecz nadszedł ratunek; silne ramiona owinęły się wokół mojego ciała, krępując niekontrolowane, spazmatyczne ruchy. Uderzyłam plecami o lodówkę, słysząc, jak wszystkie znajdujące się w niej rzeczy niebezpiecznie zaszczebiotały. Koszyk z najpotrzebniejszymi, podręcznymi lekarstwami spadł na nasze głowy, robiąc przy tym jeszcze więcej rumoru. Zapach i ciepło brata prędko mnie otuliły, a niekształtna postura Strzygi zniknęła tuż za jego plecami, posyłając mi ostatni, przerażający uśmiech, który na długo odznaczył się w mojej pamięci.
— Już… — szepnął, opierając czoło o moją głowę. — Już dobrze.
Wydałam z siebie przeciągły, rozpaczliwy skowyt i zacisnęłam palce na jego łopatkach, boleśnie wbijając je w męskie ciało. Przytulił mnie mocno i lekko zakołysał, a wnętrze kuchni oblało światło energooszczędnej żarówki, która z każdą chwilą się rozjaśniała. Widziałam kątem oka, jak wszyscy zebrali się w przejściu i w milczeniu obserwowali, co się stało. Najbardziej dobił mnie zbolały wzrok Kiby i dziwne, nieprzychylne spojrzenie Kakashiego.
— Mikasa, to już chyba ten moment — powiedział cicho Rivai, odsuwając się ode mnie na niespełna kilka centymetrów. — Oni zasługują na prawdę.

***

Poniedziałek, siedemnasty września, 2008 rok
Middlesbrough

— Wyjdź z mojego pokoju, denerwujesz mnie — warknął chłopak, wypychając dziewczynkę z pomieszczenia. — Idź się pobawić lalkami, porysować… Nie wiem. Ale mi daj spokój, głupia gówniaro.
— Jesteś okropny — syknęła pod nosem, zaciskając drobne piąstki.
Drzwi się zatrzasnęły, a ona jeszcze przez krótki moment sterczała w miejscu, wpatrując się w nie z zawiścią. Może i był starszy, może miał inne zajęcia, ale pragnęła, by czasem poświęcił jej trochę uwagi. W końcu był jej bratem i nie potrafiła pojąć, dlaczego tak bardzo od niej stronił.
— Chodź Mikasa. — Usłyszała głos mamy, gdy zeszła na dół. Kobieta stała przed wyjściem i zakładała bezrękawnik, by wyjść do ogrodu. — Pomożesz mi na zewnątrz.
Dziewczynka nieco się rozchmurzyła; szybko pobiegła założyć swoje żółte kalosze i kurtkę, po czym idąc w ślady rodzicielki, wyszła na dwór. Niebo było przesłonięte ciężkimi chmurami, które zwiastowały nadchodzącą ulewę, a koronami drzew poruszał całkiem silny wiatr. Mimo to ochoczo zbiegła po szerokich stopniach i skierowała się do ogrodu, gdzie matka przycinała gałązki białych róż.
— Mamo, czy Levi mnie nienawidzi? — zapytała, zbierając z trawnika odcięte łodygi.
— Skąd ci to przyszło do głowy? — Kobieta popatrzyła na nią, ściągając brwi. — To twój brat, kocha cię.
— To dlaczego jest dla mnie taki wredny? — Naburmuszyła się, wrzucając śmiecie do worka. — Przecież nic mu nie zrobiłam!
— Mikasa… — Kobieta westchnęła, uśmiechając się przy tym ciepło. — Rivai jest w trudnym wieku, wchodzi w okres durnego buntu, przez który ty też jeszcze będziesz przechodzić, jak każde inne, normalne dziecko. Musisz po prostu przetrwać jego głupie humorki.
— Czyli będzie mnie nienawidził przez cały ten okres?
— Nie — zaśmiała się — po prostu będzie kręcił na wszystko nosem. A tak naprawdę, oddałby za ciebie nawet życie. Zapamiętaj to.
— Ale sobie pogodę wybrałyście na porządki!
Obie odwróciły głowy w kierunku furtki, przez którą przeszła głowa rodziny. Dziewczynka zerwała się do biegu, po chwili mocno obejmując go w pasie. Choć mieszkali z daleka od miasta i nie bardzo mogła spędzać czas ze swoimi rówieśnikami, była cholernie szczęśliwym dzieckiem. Rodzina była wszystkim co miała, co kochała
I nigdy, nawet przez krótki moment nie pomyślała, że ten stan rzeczy kiedykolwiek ulegnie zmianie.

— Starają się o dziecko już drugi rok i nadal nic…
Mikasa popatrzyła znad stolika na matkę, która rozmawiała z ojcem. Wiedziała, że mówili o wujostwie i było jej smutno, bo sama widziała, jak ciocia Carla cierpiała za każdym razem, gdy przychodzili do nich w odwiedziny.
— Wiesz, że Grisha ma problemy — rzucił mężczyzna, ospale siadając przy żonie. — I tak dziwi mnie to, że lekarze dają im jakieś szanse.
Dziewczynka uśmiechnęła się mimowolnie, kończąc pleść warkocz z długich włosów jej ulubionej lalki. Chodziła z nią niemalże wszędzie, bo przypominała jej o ukochanej babci, która mieszkała w Polsce i bardzo rzadko miała okazję się z nią widywać.
— A gdy ciocia urodzi, to będę mogła się opiekować ich dzidziusiem? Będę dla niego lepsza, niż Levi dla mnie!
— Tshh — prychnął, przechodzący obok chłopak.
Kobieta zaśmiała się głośno, a ojciec bezradnie westchnął, odstawiając na stolik pusty kubek po herbacie.
— Będziesz mogła, kochanie — mruknął i wskazał palcem na sufit — a teraz uciekaj spać, bo jutro musisz wstać rano do szkoły.
Mała pozrzędziła pod nosem, lecz zabrała swoje rzeczy, grzecznie kierując się na piętro. Umyła zęby i ubrała białą koszulę nocną, po czym weszła do swojego pokoju i położyła się na łóżku, gasząc światło. Nasłuchiwała szalejącej na zewnątrz burzy; szum wiatru czy łoskot spadających na dach kropel deszczu, jakoś ją uspokajał, przez co całkiem szybko zasnęła.

Westchnęła krótko, otwierając oczy. Nie poruszała się przez kilka chwil, wstrzymując oddech, póki nie usłyszała jak ktoś na dole dosyć głośno przesunął krzesło kuchenne. Zapaliła światło i popatrzyła na zegarek; była trzecia w nocy, a przecież nikt w ich rodzinie nie cierpiał na bezsenność. Wysunęła się spod kołdry i siedziała przez jakiś czas na brzegu łóżka, marszcząc czoło. Próbowała wmówić sobie, że coś jej się przyśniło lub szalejąca na dworze wichura nieco ją zwiodła. Stanęła jednak na nogi i podeszła do drzwi pod którymi stała kilka chwil, dopóki hałas się nie powtórzył.
Wahała się, jednak zacisnęła zęby i złapała za klamkę, cicho otwierając wejście. Wyszła na spowity mrokiem korytarz i objęła się ramionami, czując przenikliwy chłód. Przeszła w stronę schodów, lecz z parteru nie docierała do niej nawet najsłabsza smuga światła. Widząc jakiś ruch, prędko zawróciła i pobiegła do najbliższych drzwi, przez które migiem dostała się do środka.
— Levi — szepnęła, lecz nie otrzymała żadnej reakcji. — Levi!
Poruszył się na łóżku, jednak wciąż spał. Puściła klamkę i przeszła cicho przez pomieszczenie, po drodze potykając się o porozrzucane rzeczy brata. Wspięła się na mebel, przeszła na czworaka po materacu, by finalnie położyć drobne rączki na jego klatce piersiowej i zacząć nim lekko szarpać.
— Co… — warknął i uchylił powieki. Sięgnął do włącznika i zapalił nocną lampkę, próbując skupić na niej wzrok. — Idiotko… Wiesz, która jest godzina?
— Levi, ktoś jest w domu — pisnęła przestraszona, przysuwając się do niego.
Przyglądał jej się w milczeniu ze ściągniętymi brwiami, zastanawiając się czy jeszcze śni, czy ta mała gówniara znowu, po kryjomu, obejrzała jakieś nieodpowiednie filmy.
— Jezu, dziecko… Idźże spać — rzucił, chcąc zgasić światło, lecz zacisnęła palce na jego koszulce. — Mikasa, wydaje ci się… Albo starzy poszli coś podjeść. Wynoś się stąd.
— Levi, proszę cię… — mruknęła, a w jej oczach pojawiły się pierwsze łzy. — To nie mama i nie tata… Levi, błagam!
— Mikasa… — warknął, marszcząc gniewnie czoło, lecz wyraz twarzy momentalnie złagodniał, kiedy oboje usłyszeli jakiś rumor na dole. Dziewczynka przylgnęła do niego jeszcze mocniej, a on sam odczuł w końcu swoisty niepokój. Odrzucił kołdrę i stanął na nogi, czując lekki zawrót głowy. — Przysięgam, że jeżeli to mama, to naprawdę cię ukatrupię.
Z wolna ruszył w kierunku drzwi, a młoda zeskoczyła na podłogę i podreptała za nim. Kiedy tylko wyszli na korytarz, drzwi sypialni rodziców otworzyły się cicho, a z ciemności wyłoniła się kobieta.
— Co wy wyprawiacie? — wyszeptała poddenerwowana. — To wy tak hałasujecie? Wiecie, która jest godzina? Idziecie rano do szkoły, znowu nie będę mogła was dobudzić!
— Mówiłam! Mówiłam! — Mikasa uczepiła się ręki chłopaka i zaczęła łkać. — Ktoś jest na dole, mamo! Przysięgam!
Kobieta okryła się szczelniej szlafrokiem i zakryła usta dłonią, gdy zaczęła ziewać. Kolejny hałas dobiegł z dołu, wprawiając rodzicielkę w ten sam niepokój, co nastolatków.
— Tata? — mruknął Rivai, lecz matka z przestrachem skinęła głową na sypialnię, z której dochodziło ciche chrapanie ojca. — Cholera jasna…
— Zabierz Mikasę do pokoju, natychmiast — rzuciła, zdenerwowana cofając się do środka. — Nie ruszajcie się stamtąd, zrozumiano?!
Chłopak bez namysłu złapał mocno za ramię siostry i zaprowadził do jej sypialni, przymykając drzwi. Już po chwili widzieli przez szparę, jak ojciec prędko wychodzi z pomieszczenia i kieruje się w stronę schodów, a żona rusza tuż za nim.
— Co ty robisz?! — pisnęła, gdy Rivai wstał i miał zamiar zostawić ją samą. — Mamy stąd nie wychodzić!
— Zamknij się — warknął, spoglądając na nią przez ramię. — Jeżeli rzeczywiście ktoś jest na dole, to muszę im pomóc.
— Nie baw się w bohatera! Jesteś jeszcze dzieckiem! Levi!
Lecz on zniknął w ciemnościach korytarza, nawet nie zwracając na nią uwagi. Przez moment chciała ruszyć za nim, ale strach jej na to nie pozwolił; nie była tak heroiczna jak brat i całkiem łatwo było ją przestraszyć. Pobiegła w kąt pokoju, gdzie znajdowała się sterta jej pluszaków i usiadła pomiędzy nimi, podkulając nogi. Była przerażona i zapłakana, a cisza panująca w domu wcale jej nie uspokajała.
— Mamusiu! — pisnęła nagle, słysząc na dole raban.
Kobiecy wrzask przedarł się przez wszystkie ściany, a zaraz za nim rozległy się inne krzyki. Dziewczynka wtuliła się jeszcze bardziej w swoje miśki i zaczęła głośno łkać, gdy nagle hałas zupełnie ustał. Usłyszała, jak dwie osoby wbiegają po schodach, lecz nikt do niej nie zajrzał, tylko przebiegł obok w kierunku wejścia na poddasze. Dźwignęła się na drżące nogi i podeszła do wyjścia; rozejrzała się i prędko ruszyła na dół, chcąc wiedzieć co się dzieje.
— Mamo! — jęknęła chrapliwie, drepcząc boso po zimnych panelach. — Tato!
Zatrzymała się, czując, jak całe ciało obciąża dziwna grawitacja. Dreszcze przebiegły po plecach, zrobiło jej się słabo, wręcz niedobrze, aż w końcu niekontrolowanie pochyliła się do przodu i zupełnie bezdźwięcznie treści jej żołądka rozbryznęły się na podłodze. Krew. Rozmazany przez podeszwy butów płyn spoczywał na ziemi i wsiąkał w biały, puchaty dywanik, zakłócając jego nieskazitelność, którą od zawsze tak się fascynowała. Szkarłatne plamy prowadziły w dwóch kierunkach; te większe ciągnęły się w głąb ciemnego salonu, skąd docierały do niej dziwne, niejasne dźwięki, a te znikome do kuchni, gdzie paliło się światło. Na drżących nogach przedostała się do źródła światła i złapała rączkami materiał swojej koszuli, czując jak przerażenie jeszcze bardziej przejmuje jej świadomość. Jucha rozmazana była na podłodze, meblach a nawet ścianach; w niektórych miejscach dostrzegała wyraźne ślady dłoni czy samych palców.
Gdy tylko usłyszała za sobą kroki, poczuła nienaturalne rozluźnienie; przez moment wierzyła, że to któreś z rodziców czy brat; przecież do tej pory nie spotkała w domu nikogo poza nimi. Czar spokoju prysł jednak jak mydlana bańka, kiedy towarzysząca jej sylwetka, za nic w świecie nie przypominała żadnego mieszkańca ich domu.
— Jest jeszcze jedna… — odezwał się niski, męski głos. Przeniosła zaszklone spojrzenie na twarz intruza, który trzymał w rękach gigantyczny nóż, jak nie maczetę. Uśmiechnął się do niej, lecz w tym wyrazie twarzy nie odnalazła nawet szczątkowych oznak pokojowego nastawienia, a złowieszczą mimikę, przypominającą demony z jej koszmarów. — Chodź do mnie maleńka…
Wyrzucił przed siebie ramię; zupełnie nagle, bez ostrzeżenia. Odruchowo odchyliła do tyłu ciało, lecz długie ostrze dostało jej skóry na czole, a dziewczęcy pisk wypełnił pomieszczenie. Złapała rękoma za bolące miejsce i poderwała przerażony wzrok do góry. Nim zdążył dobrze wyciągnąć w jej kierunku ręce, za jego plecami pojawił się ojciec. Nie wydała z siebie żadnego odgłosu, nie będąc pewną tego, co się zaraz stanie. Pragnęła, by rodzic wziął ją na ręce i szybko zaprowadził do reszty rodziny, ale on zrobił coś zupełnie nieoczekiwanego — rzucił się na plecy obcego mężczyzny i zaczął okładać go pięściami. Widziała, jak z jego boku sączy się krew, tak samo jak z głowy.
— Tato… — jęknęła rozpaczliwie, szczypiąc się po nogach. Tak cholernie pragnęła, by to wszystko było tylko kolejnym koszmarem.
— Uciekaj Mikasa! Uciekaj szybko z domu! — krzyczał głośno, poważnie. Przez jego słowa przebijała się nieopisana rozpacz i strach, których nigdy w nim nie dostrzegała. Kręciła przecząco główką, a jej drobne usta układały się w odwróconą podkówkę.
Włamywacz zrzucił ciało taty na ziemię; chciał ponownie dorwać dziecko, lecz rodzic nie miał zamiaru się poddać. Chwycił go za nogę i mocno do siebie pociągnął, pozbawiając wroga jakiejkolwiek równowagi. Wczołgał się na niego, po chwili z nienaturalnym okrucieństwem uderzając obcego człowieka w twarz.
— Levi! — ryknął głośno, zdzierając gardło, a jego ciało z każdą chwilą wydawało się coraz słabsze.
Powtarzał imię jej brata kilkukrotnie, ale Rivai nie pojawił się nawet po tych wszystkich wrzaskach. Intruz zaczynając zdawać sobie sprawę, że jego ofiara wcale nie była taka słaba, zrzucił ją z siebie i zaczął uciekać na górę. Pan domu złapał dziewczynkę za ramię i brutalnie pociągnął na korytarz, gdzie ostatni raz pchnął ją w kierunku wyjścia i ruszył za tamtym człowiekiem, wciąż wykrzykując imię starszego z rodzeństwa.
Otumaniona otaksowała własne ciało opustoszałym spojrzeniem. Nie wiedziała, czyja krew spoczywała na jej stopach, dłoniach czy splamionej szkarłatem koszuli. Nie miała pojęcia, dlaczego to wszystko się działo, dlaczego nikt nie chciał jej powiedzieć, że to tylko bardzo kretyński żart. Przypominając sobie rozwścieczony wyraz twarzy ojca, popatrzyła na szeroko otwarte drzwi domu, za którymi szalała burza. Zawsze wykonywała jego rozkazy, traktując je jak świętość, więc dlaczego wtedy nie potrafiła nawet pomyśleć o ucieczce? Nie chciała ich tam zostawiać, nie chciała sama pałętać się po ciemnościach, w deszczu, smagana przeraźliwie zimnym wiatrem. Nie chciała nawet przez chwilę myśleć, że gdy wróci do domu, to nikogo w nim nie zastanie.
Mimo to, jakby w jakimś transie, zaczęła kroczyć ku ciemniej przestrzeni, kiedy w głowie wciąż obijał się głos taty. Kołysała się na boki, przyciskając dłonie do głowy i rozmazując po twarzy krew. Łkała głośno, jakby nie mogła powstrzymać swoich własnych nóg. Zamilkła jednak i zastygła w miejscu, słysząc głos matki. Jej słabe szepty, jęki. Jej płacz. Odwróciła głowę i spoglądała na przejście do salonu, będąc pewną, że to właśnie stamtąd dobiegają do niej te wszystkie dźwięki. Zaczęła się cofać, czując, że serce kołacze się w jej wnętrzu, chcąc połamać żebra i uciec. Nim jednak stanęła w progu, ktoś mocno, wręcz boleśnie, chwycił ją za rękę i szarpnął nią gwałtownie.
— Schowaj się pod schodami! — Rivai zaciągnął ją pod stopnie i zaczął wpychać do ciasnej skrytki, którą dodatkowo osłaniał spory kwiat, a jego wielkie, zielone liście zasłaniały widok na przedpokój. Chłopak kucnął i zakrył jej usta dłonią; nie dostrzegała jego twarzy. — Nic nie mów. Staraj się nie wydawać z siebie nawet najcichszych dźwięków, rozumiesz? Po prostu milcz.
— Levi, zaczekaj! — pisnęła i wyciągnęła rękę, chcąc złapać za materiał jego koszulki, lecz odepchnął ją i wcisnął z powrotem między drzewko a chłodną boazerię.
— Zaraz po ciebie przyjdę — rzucił zziajany. — Przysięgam.
Dopiero wtedy dostrzegła, że sam był ubroczony krwią, a jego przenikliwie spojrzenie wpatrywało się w nią z przerażeniem. Choć przez moment wierzyła, że on naprawdę mógł mieć nad tym wszystkim jakąkolwiek kontrolę, to owe wrażenie prędko znikło. Zerwał się nagle do biegu i zniknął jej z oczu, a tuż nad nią, piętro wyżej rozległ się najprawdziwszy strzał z broni, który słyszała tylko na filmach. Na żywo był okropnie ogłuszający i wywoływał setki niepożądanych myśli, których nie była w stanie znieść.
Martwa cisza trwała może ułamek sekundy. Przyciskała dłonie do uszu, chcąc odseparować się od jakichkolwiek dźwięków, kiedy nagle, tuż przed nią na ziemię runęło czyjeś ciało. Chrzęst łamanych kości sprawił, że uderzyła plecami o ścianę; krew rozprysła się na boki i zatrzymała na jej mokrej od potu i łez twarzy. Dziewczęcy wzrok snuł się za juchą, która spływała z liści drzewka goniąc się i ścigając ku mecie, za którą służyła podłoga. Czerwona plama z każdą chwilą coraz bardziej rozciągała się pod truchłem, powoli próbując dostać się do jej zmarzniętych stóp. Wpatrzyła się w wykrzywioną twarz, czując jak jej wzrok się rozbiega. Zaczęła dziwnie stękać, czując gorący płyn, rozlewający się pod jej ciałem, a ostry zapach moczu dotarł do jej nozdrzy dopiero po jakimś czasie.
Zacisnęła powieki; słyszała rytmiczne szuranie, uderzanie, kobiece stęknięcia i jęki, błagania o zaprzestanie, o śmierć. Między tym wszystkim przeplatało się męskie powarkiwanie. Dźwignęła się na drętwe nogi, czując w sercu i duszy zupełną pustkę; przeszła nad ciałem martwego ojca, by postawić przed siebie kilka, może kilkanaście kroków i zatrzymać się na wprost przejścia do salonu. Nieruchomo wpatrywała się, jak jakiś mężczyzna przyciskał głowę jej matki do hebanowego stołu; jej twarz oblana była krwią, zęby zaciskały się w bólu, a oczy nagle zwróciły się prosto ku dziewczynce.
— Uciekaj! — ryknęła ostatkiem sił, gwałcona, poniżana, bliska śmierci. — Mikasa, uciekaj!
Czarne oczy dziewczynki powiodły za ruchem jego ręki, kiedy ostry nóż rozerżnął krtań kobiety. Dziecko wydało z siebie głośny skowyt i cofnęło się o krok. Ktoś szarpnął jej drobnym ciałem, a słuch znowu został podrażniony przez wystrzał broni; silne ramię oplotło jej biodra. Do niewielkiego noska dotarł obcy, nieprzyjemny, drażniący zapach. Klęknął tuż za Mikasą i siłą na powrót obrócił jej głowę w stronę martwej matki; która zsunęła się ze stołu na zaplamioną podłogę.
— Popatrz. — Usłyszała tuż przy uchu; szorstkie palce ulokował na jej kolanie i zaczął powoli przesuwać je w górę, unosząc materiał nocnej koszuli, a jej drobne, drżące ciało nie potrafiło wykonać najmniejszego ruchu. — Ty będziesz następna.
Szarpnęła się w końcu; raz, drugi, trzeci, ale nie miała szans, by cokolwiek zrobić. Dotarło do niej, że właśnie stała na granicy jej krótkiego życia, że oglądała brutalną śmierć rodziców i że już za moment podzieli ich los. Jakaś nienamacalna siła wyrwała z niej wszelkie namiastki nadziei, przestało jej zależeć na tym, by nawet myśleć o pobudce. Zrozumiała, że to koniec.
Usłyszała jak ktoś nadbiega i zacisnęła powieki; tuż za nią rozległo się uderzenie, a uścisk się rozluźnił. Skuliła się, zakrywając uszy, gdy kolejny strzał rozdarł okoliczną ciszę. Czarna, stalowa broń upadła tuż pod jej nogi, kiedy ktoś siłą zwrócił ją ku sobie.
— Do samochodu! — ryknął Levi, cały umorusany w czerwonej mazi, słaby, pobity i ranny. — Biegnij!
Cofnęła się o dwa kroki, czując przez ułamek sekundy, jak na końcu popieprzonego tunelu pojawia się słabe światło. Zapragnęła wziąć ostatni wdech i spróbować wydostać się z tego piekła razem z bratem, lecz ktoś wybiegł z salonu i rzucił się na niego, powalając na ziemię. Przystawił lodowatą lufę do czoła chłopaka i zabluźnił głośno, dosłownie plując na twarz swojej ofiary.
Nie.
Schyliła się. Błyskawicznie pochwyciła ciężkie, metalowe narzędzie i mając w głowie różne przebłyski, wzniosła je ku górze, tak jak robili to na filmach. Zanosząc się niewyobrażalnym płaczem i niewiele myśląc, nacisnęła spust. Drobne ciało zostało odrzucone do tyłu, ból w dłoniach promieniował po same barki. Runęła na mokre panele, piszcząc głośno; pistolet rąbnął o podłogę tuż przy jej głowie, a w mieszkaniu zapanowała grobowa cisza, jakby wszyscy spali, gotowi, by rano wstać i żyć dalej, jak zawsze, bez zmartwień, w pełnej, szczęśliwej rodzinie.
— Wstawaj! — wrzasnął, płacząc zupełnie tak jak ona. — Wstawaj, tu gdzieś jest jeszcze dwoje!
Dała się poderwać z podłogi, Rivai chwycił klucze od samochodu i wybiegli przed dom, gdzie ulewa wyciszała otaczający ich świat. Wpadli do garażu, wrzucił ją na siedzenie pasażera, a sam obiegł auto, chcąc jak najszybciej uciec. Odpalił silnik, a gdy tylko światła oblały wnętrze pomieszczenia, ich oczom ukazała się kolejna, niechciana sylwetka. Chłopak niewiele myśląc nacisnął pedał gazu i uderzył w obce ciało, by zaraz wrzucić wsteczny i wyjechać na podwórze. Wjechał w bramę, nie zważając już na nic, chciał ich tylko ratować, zdając się jedynie na słabe umiejętności jako nieletniego kierowcy.

Pędził przez autostradę, nie mogąc przestać płakać i co chwilę zerkać na dziewczynkę, która w milczeniu wpatrywała się w drogę przed sobą. Wyciągnął do tyłu rękę, nie zważając na własny ból czy rany i podał jej czarny sweter, który zostawił dzień wcześniej w aucie, każąc jej go na siebie założyć. Nie miał pojęcia dokąd jechał, nawet przez moment nie pomyślał o szpitalu i o policji, będąc pewnym, że są ścigani.
— Chcę umrzeć — wyszeptała nagle, zwracając na siebie uwagę brata. — Nie chcę żyć.
— Nawet tak nie mów! — ryknął, łamiącym się głosem. — Boże, nie mów tak! Mikasa.
— Chcę umrzeć, Levi. — Jej ton był zimny, pozbawiony wszelakich uczuć.
— Mikasa! Mamy teraz tylko siebie, rozumiesz?! Przestań!
Zaaferowany jej zachowaniem, przestał zwracać uwagę na drogę.
A to stało się ich zgubą.

Jej wątła sylwetka spoczywała na brzuchu.
Czuła niewyobrażalnie tępy ból, nieprzyjemny chłód i obezwładniający paraliż, które w dotkliwy sposób odznaczały swoje piętno na skostniałym ciele. Mieszało się to z charakterystycznym zapachem benzyny. Ostatnie piekielnie drażniło nozdrza, ale jednocześnie przywracało świadomość i przytomność, które utraciła. Do umysłu wdzierało się cykliczne miganie świateł; szmer, który trwał w głowie, jak po uderzeniu obuchem — zaczynał powoli słabnąć. Następowała rotacja między nim, a dźwiękami rozbijających się o błoto i kałuże, kropli deszczu; ruchu samochodów na pobliskiej jezdni i szumu, przypominającego morze.
Poruszyła językiem, budząc kubki smakowe. Jucha wypełniała jej buzię. Spływała po twarzy, sącząc się obficie z rozszarpanej rany. Chciała poruszyć nogami, ale miała nieodparte wrażenie, że je straciła. Pod dłonią wyczuła mokrą, obślizgłą kępę trawy, na której zacisnęła mocno palce, jakby chcąc poczuć otaczający świat, przytrzymać się go i nie pozwolić na to, by zniknął.
Dlaczego tam była?
— Mikasa… — Ktoś próbował uchwycić z nią kontakt. Docierało to do niej jednak jak zza grubej, betonowej ściany. Jej własne imię dryfowało wewnątrz głowy, lekko dygocąc, jakby samo słowo chciało ją ocucić. Stała na skraju swojej świadomości i spoglądała w głąb zaciemnionej przepaści. Wiedziała, że gdyby w nią wskoczyła, to dobiłaby sobie ostatni gwóźdź do trumny. Głos nie ustępował i stawał się coraz głośniejszy, wyraźniejszy; sprowadzając ją tym samym do siebie. W końcu rozpaczliwie rozdarł się nad nią, niczym piorun rozrywający niebo w burzową noc. — Mikasa!
Otworzyła powieki.
Zamazany obraz momentalnie nabrał ostrości. Samochód leżał na dachu, cztery metry pod skarpą, gdzie znajdowała się ulica; przebili barierę zabezpieczającą i runęli w dół. Obdarty z lakieru, obnażony z lusterek i innych elementów, które nie przetrwałyby tego wypadku... Zupełnie jakby leżał tam latami; koło nadal się kręciło. To jego migające lampy co sekundę rozświetlały leśną okolicę, odkrywając tajemnicze cienie powykrzywianych konarów drzew.
Jej ciało do połowy wystawało przez okno pasażera, które pękło od uderzeń podczas dachowania. Cała umorusana była we krwi, błocie i benzynie. Umysł alarmował ją o tym, że musi uciekać; coś się iskrzyło, a płynny napęd auta był dosłownie wszędzie. Próbowała wznieść się na ramionach, ale strach za mocno ją paraliżował — opadała znowu na podłoże, za każdym razem tracąc resztki wiary we własne przetrwanie.
— Wstawaj!
Chłopak chwycił ją pod ramionami i wyciągnął ze środka z silnym impetem. Opadli na mokrą, gęstą ziemię, nieznacznie się w niej zatapiając, jak w ruchomych piaskach.
Uniosła zamglony wzrok, by móc odnaleźć chociaż minimalną cząstkę siły, spowodowanej jego obecnością. Wyglądał nie lepiej od niej, a na jego lewym ramieniu, odsłoniętym przez krótki rękaw koszulki, widniała głęboka, ohydna rana, wymagająca natychmiastowego szycia. Nie rozumiała tego, że nadal miał jeszcze siłę się poruszać, walczyć o nich. Wtedy jeszcze nie miała pojęcia czym jest adrenalina, a jedyna myśl jaka kołatała się po głowie, to rychły koniec.
— Mikasa, możesz iść?!
Próbował do niej dotrzeć, ujmując dziewczęcą twarz w swoje lodowate, brudne dłonie. Spojrzał jej w oczy; nie wiedziała co się w nich kryło. Strach? Determinacja? A może żal… Żal do obojga za to, że niczym najgorsi tchórze uciekali, by ratować własne życia.
Dojrzała coś ponad nim. Stała tuż za jego plecami, w białej, brudnej koszuli nocnej. Nie była w stanie dostrzec jej twarzy, ale czuła jak bezlitośnie wpatruje się w jej oblicze. Wyrywała z niej resztki nadziei, wzbudzała jeszcze większe poczucie winy. Była pewna, że ją znała. Że znała najlepiej na świecie, choć nawet przez chwilę nie miała okazji dojrzeć jej wizerunku.
W umyśle pojawiła się projekcja wydarzeń, sprzed niespełna godziny. Krew, rozrzynana skóra krtani, łamiące się kości… Wrzask śmierci, który ją ogłuszył i w kółko do niej wracał.
Wzdrygnęła się, zerwała z chłopaka na równe nogi. Groźna mara rozpłynęła się w mroku, a ona dała krok do przodu, by po chwili ponownie runąć na kolana. Wsparta na dłoniach, zaczęła wypluwać obrzydliwą żółć.
Nie modliła się, by wybłagać niebiosa o wyciągnięcie z tego koszmaru; doskonale wiedziała, że nie był to żaden sen.
To się stało.
Wiedziała, że rodziców zamordowano na ich oczach.
Wiedziała, że nie byli bezpieczni.
Wiedziała, że musieli uciekać…
Wiedziała, że wciąż żyli, kosztem czyjegoś poświęcenia.
Wiedziała, że to może nie trwać zbyt długo.
— Mikasa — szepnął nad jej uchem Levi, dotykając niewielkich barków.
Otarła usta rękawem rozciągniętego, męskiego swetra i spojrzała na niego, czując jak łzy mieszają się z błotem i deszczem, obijającym o skórę. Wyciągnęła w górę łokieć, by ponownie pomógł jej wstać. Nogi nawet nie drżały, po prostu uginały się pod ciężarem, chcąc ją tam zostawić na pewną śmierć, jakby w akcie kary.
Jakiś samochód zatrzymał się z piskiem opon przed samą dziurą, którą stworzyli w barierze. Mógł to być przypadkowy kierowca, zwabiony zniszczoną barierą. Mógł chcieć im po prostu pomóc, ratować ich.
Mogli to być też oni. Wciąż ich ścigali, wciąż chcieli zwieńczenia swego niepoprawnego dzieła, w czym bezprecedensowo im przeszkodzili.
— Nie mogę… Nie mogę, nie dam rady iść — wychrypiała, gdy kolana niebezpiecznie poruszyły się do przodu.
Przerzucił jej ramię nad karkiem, przycisnął ręką do swojego boku i pociągnął za sobą w stronę lasu. Tam było ciemno… Tam nikt nie mógł ich znaleźć.
— Levi, uciekniemy?
— Nie wiem — odparł, zdławionym głosem. Zwrócił głowę za siebie i dojrzał ludzi, rozglądających się za nimi wokoło samochodu. — Jeżeli każę ci zacząć biec beze mnie, masz to zrobić. Inaczej nigdy ci nie wybaczę.

***

— Dalej parliśmy przed siebie, zaciągając się jeszcze głębiej do lasu, aż dostrzegliśmy wokoło pełno ludzi z latarkami — szeptałam, pochylona do przodu. — Okazało się, że szukała nas policja, wezwana przez jakiegoś mężczyznę, który widział, jak roztrzaskaliśmy samochodem bramę. — Wzięłam głęboki wdech i podniosłam głowę, zwracając wzrok w kierunku Kakashiego, który prawdopodobnie znał już tę historię bardzo dobrze. — Dopiero kilka dni temu zorientowałam się, że policjant, który się nami zajął, zawiózł do szpitala i zadzwonił po wujostwo, to ojciec Hatake. Dalej już nie ma o czym mówić… Byliśmy ciągani po sądach, zeznawaliśmy, a potem Grisha i Carla walczyli z całych sił o to, by przejąć nad nami opiekę. We wszystkim pomagał nam jego ojciec. Był na każdej rozprawie i starał się działać na naszą korzyść.
Milczenie tych wszystkich ludzi było dla mnie istną męczarnią. Produkowałam się dobrą godzinę, nieustannie drżąc i dławiąc się durnym powietrzem, które zaczęło mi wręcz przeszkadzać. Levi stał przy oknie, wpatrując się w panoramę przedmieścia i nie wtrącił się w moje słowa nawet raz, od kiedy tylko przyprowadził mnie na kanapę. Z mojej prawej siedziała Hinata, która ściskała w ramionach poduszkę, a po lewej Uzumaki, nieustannie bawiący się pilotem od telewizora. Na podłodze, może metr przede mną, koczowały Mayako, Kejża i Ichirei, które wpatrywały się we mnie w milczeniu i zupełnym bezruchu. Kakashi spoczywał w fotelu, gapiąc się przed siebie, a Kiba i Samuel przysłuchiwali się tej opowieści, okupując kuchenne krzesła, naprzeciwko mnie.
— Boże, powiedzcie coś… — stęknęłam, pochylając się w dół. — Cokolwiek…
Uzumaki głośno westchnął i rozsiadł się wygodniej, pocierając skroń palcami.
— Nigdy więcej nie będę stać z tobą w kuchni, jak będziesz robić kanapki — mruknął, zerkając na mnie — jeszcze skończę z nożem w oku.
— Naruto! — Hinata cisnęła w niego poduszką. — Ty znieczulico!
— Nie usrało ci rąk, jak strzeliłaś? — Ichirei wyjrzała na moją twarz. — Ja jak kiedyś byłam na strzelnicy, to myślałam, że mi je urwie przy samych łokciach!
— Następna! — wrzasnęła Kejża, uderzając przyjaciółkę w potylicę. Po chwili energicznie odwróciła się w drugą stronę, gapiąc się prosto w oczy Mayako. — Ty też lepiej milcz!
Wpatrywałam się w nich z zupełnym niedowierzaniem.
— Naprawdę byłaś na tyle głupia, aby myśleć, że przez to ktokolwiek będzie cię inaczej traktował? — Samuel poprawił zagipsowaną nogę i założył ramiona na piersiach. — Twoja przeszłość jest tragiczna, to prawda. Na pewno wstrząsnęła nami wszystkimi… To jednak nie zmienia faktu, że to co się zdarzyło, jest nieodwracalne. Ratowaliście swoje życia, no kurwa mać! A my… — Zacisnął powieki, szukając odpowiedniego słowa.
— A my nie zamierzamy cię w żaden sposób przekreślać. — Popatrzyłam na Hyuugę, która podciągnęła nogi pod brodę. — Taką jaką cię poznaliśmy, taką zawsze będziemy cię pamiętać. Każde z nas powoli otwierało się przed tobą, prezentując własną historię. Każde z nas zawsze bało się o niej komukolwiek opowiedzieć i przechodziło przez to samo piekło co ty, ale powiedz teraz… Czy nie czujesz się lżejsza o kilka ton?
— Dokładnie… Jesteś nadal tą samą wojowniczką, którą szanuję ponad wszystko. — Przeniosłam wzrok na Okanao, która uśmiechała się do mnie w głupkowaty sposób. — Fakt, we trzy zjebałyśmy sprawę i nawet nie wiemy, jak cię za to przeprosić…
— Chodzi o to — przerwała jej Ryusaki — że natknęłyśmy się na pewien artykuł. Niemalże natychmiast zorientowałyśmy się, że dwójka dzieciaków porównanych do bestii, to ty i Levi. Nasze zachowanie nie było spowodowane nagłą zmianą zdania o twojej osobie.
— Po prostu było nam trochę przykro, bo od kiedy cię poznałyśmy, doskonale wiedziałyśmy, że cierpisz i coś ukrywasz. — Ichirei wyciągnęła przed siebie nogi i złapała się za własne stopy, jakby chcąc przeciągnąć ciało. — Sądzę, że każde z nas po cichu pragnęło, byś się od tego uwolniła i dała sobie pomóc.
— Tymczasem ty skrzętnie skrywałaś coś tak strasznego w sobie, powoli wariując — dokończyła Mayako. — Teraz przynajmniej wiemy, na czym rzecz polega.
— I wszystkim będzie prościej się z tobą porozumiewać. Właśnie zburzyłaś ostatnie bariery, które nas dzieliły. — Naruto klepnął mnie bratersko w plecy.
— Mówiłem ci już dawno temu, żebyś im o tym powiedziała. — Rivai zbliżył się do kanapy i stanął tuż za mną. — Broniłaś się rękoma i nogami, sądząc, że będą na ciebie patrzeć przez pryzmat przeszłości. A oni wówczas ciągle zachodzili w głowę, czym spowodowane są twoje napady paniki czy agresji. To wtedy mogłaś stać się dla nich chorą na głowę laską, a nie teraz, gdy wiedzą, czym jest to spowodowane.
Płakałam, bo cóż innego miałam robić w takiej sytuacji. Łzy mimowolnie spływały po moich policzkach, a mi nawet nie chciało się fatygować, żeby je po prostu wytrzeć. Tak jak powiedziała Hinata — czułam się lekka jak piórko. Miałam wrażenie, że uszło ze mnie całe zło, jakie gromadziło się na przestrzeni tych wszystkich lat, kiedy milczałam ze strachu. Pierwszy raz od dawna miałam wrażenie, że jestem… Wolna.
— Wybacz, że ci nie powiedziałem o tacie. — Hatake zabrał głos, a z jego buzi w końcu zniknęła ta okropna powaga, która mnie przytłaczała. — Zarówno ja, Levi, jak i on sam, doszliśmy do wniosku, że nie powinniśmy poruszać tego tematu, póki nie będziesz na niego gotowa. Po tym, jak razem z Samuelem przyprowadziliście Ayumi do sklepu i doszło do nieoczekiwanej konfrontacji z moim ojcem, byłem pewny, że się zorientujesz.
— Teraz już wiesz, dlaczego Kakashi tak bardzo był wciągnięty w tę sprawę. — Levi oparł dłonie na moich ramionach. — Wiedział o wszystkim i wspierał nas, mając na uwadze również twoje bezpieczeństwo.
— Powiedz to.
Wszystkie pary oczu, zebranych w naszym salonie ludzi, zwróciły się na dotychczas milczącego Inuzukę. Podpierał brodę na pięściach i patrzył prosto na mnie, bez żadnego wyrazu.
— A-ale co? — jęknęłam cicho. Oczywistym było, że to jego reakcji obawiałam się najbardziej.
— Kim jest ta durna zjawa, która ciągle cię nawiedza i burzy twoją równowagę — wyszeptał cicho. — Przez chwilę pomyślałem, że to wasza matka.
Poczułam, jak Levi zaciska w zdenerwowaniu palce na moim ciele.
— To nie ona — odparłam, pochylając głowę.
— Doskonale wiesz, że w tym co się stało, nie było nawet krzty waszej winy — ciągnął mrukliwie — a mimo to obarczałaś się nią, jakby ich śmierć była spowodowana twoją niemocą. Byłaś dzieckiem, które ledwo uszło stamtąd życiem tylko i wyłącznie dzięki odwadze swojego brata i temu, że wzięłaś do rąk ten durny pistolet. Uratowałaś wasze życia, bo gdybyś nie trafiła tego skurwiela, to nie byłoby was tutaj, z nami.
— Kiba, przystopuj trochę. — Sammy wyciągnął w jego kierunku rękę, ale szybciutko ją cofnął.
— Wasi rodzice wierzyli w to, że wam się uda. Ich ostatnim pragnieniem było to, byście przeżyli. — Podniósł się i przeszedł obok stolika i dziewczyn, by kucnąć tuż przede mną. — Ciebie nie nawiedza twoja mama. Ta mara, ta obrzydliwa strzyga to właśnie ty; wyobrażenie twojej gnijącej postaci, wyniszczanej przez bezpodstawne poczucie winy, które wciąż usilnie wpaja ci, że mogłaś coś zrobić. — Podniósł moją głowę, ciągnąc podbródek ku górze. — A nie mogłaś zrobić nic. Więc odrzuć w końcu te myśli, zrozum, że masz przy sobie kochających cię ludzi, którzy już nigdy nie pozwolą, byś zaczęła tonąć, spadać na dno. Pozbądź się tej głupiej zdziry, która chce cię zniszczyć. To ostatni krok od tego, byś mogła powiedzieć sobie dość.
— Nigdy nie myślałem, że takiego idiotę stać na takie piękne słowa — prychnął Uzumaki, który po chwili tłumił swój wrzask bólu w poduszce, kiedy Rivai wbił mu w ramię palce.
— Hinata, nie becz! — Mayako poderwała się na nogi i rzuciła na Hyuugę, która najwidoczniej chciała ukryć swoje wzruszenie. — Też jestem w szoku, ale to tylko świadczy o tym, że po świecie chodzą jeszcze faceci z wrażliwą duszą!
Pisnęła, kiedy Kakashi kopnął ją z dużą dawką siły w tyłek.
Wpatrywałam się w czarne oczy Inuzuki i próbowałam wziąć głęboki oddech, lecz wybuchłam głośnym płaczem, nie utrzymując już nad sobą żadnej kontroli. Wyciągnęłam przed siebie ręce i objęłam jego szyję, pozwalając się przytulić.
— Dziękuję wam — wyłkałam głośno, zanosząc się od łez. — Cholernie wam dziękuję!
— To ja proponuję, żeby teraz pójść po wódkę!
— Ichirei! — Kejża podniosła swój donośny głos. — Zamknij się!

***

Wsłuchiwałam się w słowa piosenki Zeusa, którą włączył mi Inuzuka. Siedzieliśmy na korytarzu, okupując parapet, a na ławce obok spoczywała Mayako, z uwagą wysłuchująca opowieści Naruto i Hinaty. Choć od dłuższego czasu czułam się naprawdę wyśmienicie, tego ranka nie opuszczało mnie przeczucie, że stanie się coś złego. Wciąż byłam nieobecna, wciąż czułam w żołądku nieprzyjemny ucisk, a moje dłonie cholernie drżały. Wmawiałam sobie, że było to głupie przewrażliwienie, że po prostu wciąż przeżywałam ostatnie wydarzenia, lecz gdzieś na dnie mojej głowy, intuicja alarmowała mnie o tym, że nie mogę uśpić swojej czujności.
Otworzyłam oczy słysząc czyjeś krzyki; prędko zorientowałam się, że ludzie w popłochu rozbiegają się pod ściany, a ja mimo tego zgiełku wciąż wchłaniałam słowa tej piosenki, jakby były one w tamtej chwili najważniejsze. Na końcu korytarza zaczęli majaczyć ludzie w czerwonych kombinezonach. Mechanicznie podniosłam się na nogi, czując, jak słuchawka wypada mi z ucha.

Nic się nie liczy naprawdę, życie to parę chwil

Czując jak moje serce coraz mocniej dudni w klatce, postąpiłam do przodu może trzy, cztery kroki; widząc ratowników, którzy nieśli na noszach jakiegoś człowieka, ogarnęło mnie niewyobrażalne zimno. Przerażenie wzmogło się, gdy ujrzałam obok nich Kakashiego, upapranego we krwi.

i dużo łatwiej zgasić je niż zapałkę

Mayako stanęła tuż obok mnie, a na jej twarzy odmalowywało się coś dużo gorszego niż strach; coś, czego nie potrafiłam ubrać w słowa. Jej rozpaczliwy wrzask ogłuszył mnie na tyle, by sprawić, że moja głowa opustoszała ze wszystkich racjonalnych myśli. Zaczęła biec, a jej własne nogi plątały się, jakby powoli traciły jakiekolwiek czucie.

a my cackamy się jak z jajkiem lub igramy z nim

Kakashi podniósł na mnie załzawiony wzrok, który obarczył mnie czymś kurewsko ciężkim, strasznym i cholernie bolesnym. Wysłał mi niewerbalny sygnał, który w końcu do mnie dotarł, kiedy ratownicy się ze mną zrównali.

zamiast żyć.

Zerwałam się do biegu, czując jak moje gardło wypala się od piskliwych krzyków. Miałam wrażenie, że moje ciało coś rozrywa, że umysł wypełnia zupełna ciemność, która chce mnie wykończyć. Hatake złapał mnie w pasie i za nic w świecie nie chciał dopuścić do tego, bym podeszła bliżej. Widziałam krew, skatowaną twarz, której mogłabym nie rozpoznać, gdyby nie to, że znałam go od dnia swoich narodzin. Mój wrzask przebiegał przez plątaninę uczelnianych korytarzy, przepełniając wszystkich studentów czystym przerażeniem.
— Kto?! — ryknęłam przeciągle, wierzgając się, starając do niego pobiec. — Kto, kto, kto?! — powtarzałam w amoku, mając w dupie to, jak wyglądałam i co o mnie myśleli.
— Akatsuki — wyrzucił z siebie szeptem, a ja na ułamek sekundy straciłam wszystkie zmysły.
Kiba i Naruto stali tuż obok, a gdy tylko usłyszeli to, co powiedział, rzucili na ziemię swoje torby i pognali w kierunku tylnego wyjścia, dosłownie przeskakując nad przeszkodami i popychając ludzi, krzycząc i przeklinając, by zeszli im z drogi. Nieśli za sobą najciemniejszą aurę, jaką kiedykolwiek czułam; biegli by się zemścić.
Biegli, by zabić.
— Do szpitala! — ryknęłam, wyrywając się. — Do szpitala! Zabierz mnie do szpitala!
Nic więcej do mnie nie powiedział. Nakazał przerażonej Hinacie zająć się Mayako, która upadła na kolana i niewyobrażalnie głośno płakała. Chwycił mnie za nadgarstek i biegiem ruszyliśmy do jego samochodu. Wsiadłam i zapięłam pasy, wykonując wszystkie ruchy w błyskawicznym tempie, jakby to miało przyspieszyć czas. Nie mogłam przestać stękać, kiedy moje gardło dziwnie się zaciskało, nie mogłam złapać oddechu, nie mogłam myśleć.
— Co się stało?! — wrzasnęłam, gdy wyjechał prędko na ulice, a karetka odjeżdżająca na sygnale gnała nie tak daleko przed nami. — Co się kurwa stało, Kakashi?!
— Dopadli go za uczelnią — odpowiedział, cały drżąc. Dosłownie, trząsł się, miał czerwoną twarz a oczy przez cały czas się szkliły. Siłą powstrzymywał swoje łzy. — Nie mam pojęcia ile razy dźgnęli go nożem, Miakasa. Nie mam pojęcia, czy on żyje.
— Przestań! — wrzasnęłam, rozrzynając skórę na przedramieniu paznokciami. Miałam ochotę uderzać pięściami we wszystko, co znajdowało się w zasięgu wzroku. — Kto to zrobił?! Kto dokładnie?!
— Deidara, Sasori… — wycedził. Dostrzegłam na jego zębach krew, musiał w zdenerwowaniu okaleczyć wnętrze buzi. — Kurwa jebana! Gdybym tylko chwilę wcześniej wyjrzał przez to kurewskie okno!
— Dlaczego?! Boże kochany, dlaczego?!
Czułam juchę w gardle. Zdzieranie gardła poprzez te chore wrzaski doprowadziło do bolesnych podrażnień. Pędził, osiągając nieprzepisową prędkość. I choć zawsze tak bardzo się jej bałam, tak tym razem nie zwracałam na nią żadnej uwagi. Pragnęłam, by jechał jeszcze szybciej, by tylko znaleźć się jak najprędzej obok Leviego. W myślach błagałam, by on tylko, kurwa, przeżył.
— Halo — wycharczałam w słuchawkę, czując jak krew dosłownie spływa po moim ręku.
Gdzie ty jesteś?! — Inuzuka był wściekły i zdyszany, a w tle słyszałam zrozpaczoną Okanao.
— Jedziemy z Kakashim do szpitala — odpowiedziałam, uderzając bokiem o drzwi, gdy gwałtownie skręcił. — Byli tam?!
Nie… Jest już od kurwy policji — odpowiedział; byłam pewna, że zacisnął w niemocy oczy. — Mamy tam jechać?
— Nie… Nie wiem, boże — wystękałam. — Zajmijcie się Mayako i Hinatą. Będę do ciebie dzwonić, dobrze?
Dobrze… Trzymaj się Mikasa — wyszeptał — będzie dobrze.
Nim zdążyłam mu odpowiedzieć, auto szarpnęło naszymi ciałami, a ja poczułam, jak odrywam się od fotela, mimo pasów.
Potem była już tylko bezkresna ciemność.

Od autorki: No więc no. Po pierwsze: zaznaczyłam w samym tekście, że cytat należy do Zeusa, ale zrobię to jeszcze tutaj, żeby mój dotychczas milczący hejterek nie musiał się fatygować.
Ichirei mi cholernie mocno pomogła w początkowym fragmencie, który był naprawdę do dupy, dlatego przesyłam jej wielkie wyrazy wdzięczności, bo dzięki jej pięściom na mojej twarzy byłam w stanie to poprawić. No i Kacha, która musiała przeze mnie przerwać pisanie licencjatu. [*] Kiedyś wam się odwdzięczę!
Do następnego!

26 komentarzy:

  1. Nyaaa... Płaczę. No kurde! Najpierw ta opowieść, potem słowa Kiby i na koniec Levi. Nosz... Wymęczysz mnie psychicznie, kobieto! :-:
    Ogólnie ostatnio jestem jakaś taka... Niezbyt silna psychicznie ;-; Prawie dzisiaj ryczałam na Spider-man'ie! SPIDER-MAN'IE. Jest ze mną źle ;_;
    Pozdrawiam cieplutko i czekam na kolejne rozdziały :*
    A! No i oczywiście weno-żelki! Łapaj kilka paczek :3

    Su♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja płakałam na teledysku piosenki. XD W sumie do tej pory płaczę, jak ją widzę. xDDD
      ŁAPIĘ WSZYSTKIE!

      Usuń
  2. Jezu, cały rozdział dreszcze. Z jednej strony nie mam juz do nich sily i ciesze się, że sprawa niedługo sie rozwiąże, ale z drugiej... Będzie mi tego wszystkiego cholernie brakowac! Po cichu licze na dobre zakończenie. :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też na takie liczę. Chcę jeszcze pożyć. xD

      Usuń
  3. Ja pierdole , ja pierdole co Ty dziewczyno ze mną zrobiłaś :D Ten rozdział to normalnie masaaakra , przeszłość Mikasy chyba najgorsza z tego wszystkiego i jeszcze ta końcówka no normalnie szok i czemu mam wrażenie ze jeszcze oni jadąc tym samochodem do szpitala mieli wypadek , normalnie dalej jestem w szoku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szok proszę zostawić na przedostatni rozdział, ok? xD

      Usuń
  4. No masz. Nawet mnie przeszły dreszcze. Tylko ta końcówka. No wkurwiła mnie.

    OdpowiedzUsuń
  5. hahahah wszyscy kurwią na końcówkę XDD Czyli nie tylko ja mam ochotę Ci wepchnąć chuja w dupę ze ten rozdział XD

    OdpowiedzUsuń
  6. Kocham <3 <3 <3
    Rozdział jak zawsze genialny. Trzymasz w napięciu a tak końcówka to normalnie... Aż mam ochotę kogoś utłuc (czyt. ciebie) za takie zakończenie. Nie jest mi zbytnio szkoda Levi'a. Nie polubiłam go przez całe opowiadanie i raczej to się nie zmieni.

    PS: Zaraziłaś mnie swoim gustem. Od kilku godzin słucham Zeusa XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NO NIE BIJ MNIE. XD
      Skoro słuchasz Zeusa, to pewnie i "Widnokręgu". Więc jezeli tak, posłuchaj tego coveru: https://www.youtube.com/watch?v=ilODa0Ixru8 ZAKOCHASZ SIĘ

      Usuń
  7. POPATRZ! W końcu założyłam sobie konto! Już mi było smutno, że drugi rok z rzędu przy moim nicku jest tak szaro. xD
    Rozdział świetny, jak zawsze! Aż płakałam, naprawdę. :(
    Początek trzymał w napięciu. Bałam się, że wszyscy wsiądą na Mikasę, że znowu będą ją szarpać, a Kiba dostanie po japie od Leviego czy Kakashiego ale okazało się, że rozegrałaś to inaczej. Strzyga jka zawsze w najlepszym momencie i podobało mi się to, jak podjudzała Mikasę. Szkoda, że było jej tak mało w tym rozdziale i zastanawiam się, czy jeszcze się po tym wszystkim pojawi.
    Historia z przeszłości bardzo wstrząsająca. Już nie ma się co dziwić temu, dlaczego rodzeństwo Ackerman jest takie popaprane. Aż miałam dreszcze, gdy Mikasa, poszła budzić Leviego, jak to wszystko się zaczęło. To wplecenie prologu dodało jeszcze takiego całkiem nostalgicznego wyrazu. Szkoda, że ich rodzice zginęli w tak brutalny sposób. Wadziło mi jednak troszkę to, że Mikasa jakoś tego tak bardziej emocjonalnie nie przeżywała, ale bóg wie, jaki człowiek jest podczas takiego szoku.
    Kiba rozłożył mnie na łopatki swoją przmową. Kocham go jeszcze bardziej, niż kochałam do tej pory. :3
    No i końcówka... Mayako, ja wiem, że to w Twoim stylu, ale przesadziłaś. Tyle tragedii w jednym rozdziale, to już jest naprawdę przegięcie! Mam nadzieję, że nie zabijesz Leviego. Zaczynam coraz bardziej martwić się o to, czy ich pozabijasz wszystkich na koniec, bo to w Twoim stylu. Zwłaszcza samiusieńkie zakończenie rozdziału. No niech Cię piorun strzeli!

    Pozdrawiam, czekam do następengo i i dę czytać NaLu, bo widziałam, ze dodałaś. :3
    Twoja Kora. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. JEZU, KORA MA TWARZ.
      Meh, widziałam, że Twój komentarz miał spory wpływ na koleżankę. Nie wiedziałam, że masz taką siłę przekonywania. Szkoda, że go usunęła. To tylko według mnie świadczy o tym, że nasze podejrzenia co do tożsamości były dobre. ;)

      Usuń
  8. No dobra... może nie jestem nie wiadomo jak rozszalała na punkcie Mikasy i Leviego, bo z Attack on Titan mam tyle wspólnego, co nic. Ale uwielbiam Twój styl pisania, Twoje pomysły, to jak kreujesz postaci i budujesz akcję. To wszystko sprawia, że byłam, jestem i będę i za każdym razem czekam. Za każdym razem staram się też napisać coś konstruktywnego, ale kurwa, tym razem odpadam. Nie dam rady. Każdym słowem w tym rozdziale złamałaś mi serce. Spłakałam się, jak nigdy tego nie robię. Trzęsą mi się palce i boli mnie brzuch z nerwów. Naprawdę, uwierz, że ja rzadko reaguję w tak emocjonalny sposób na słowo pisane... Nie mam pojęcia co Ci napisać, bo wszystkie słowa ulatują mi z głowy z prędkością światła; to co bazgram teraz nie daje w ogóle odczuć, co miałam w głowie w trakcie czytania. Miałam wrażenie, że jestem Mikasą. Że siedzę koło niej, jednocześnie przeżywam to co ona... nie wiem, może mam za mały móżdżek, żeby to lepiej ogarnąć. Powaliłaś mnie. Jedyną osłodą, w czasie której uśmiechnęłam się przez łzy, były słowa Kiby po usłyszeniu opowieści. Nie dziwię się, że Hinata i Naruto tak zareagowali xD Nie będę Cię ukatrupiać za końcówkę, bo w sumie to można się było takiej spodziewać. To w Twoim stylu :P Rozpieprzyłaś mi umysł...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jezu, z jednej strony jak mi piszesz, że płakusiałaś, to się cieszę bo "o! udało mi się wywołać prawdziwe emocje!"... Ale potem mam ból dupy, że kogoś przeze mnie szczypią oczy. xD Wybacz mi popsucie głowy, ale zakłądam, że epilog zniszczy ją bardziej. xD

      Usuń
  9. Hej :)
    Przeczytałam Twoje 28 weeks later i na tym się skończyło. Na to opowiadanie nie skusiłam się od razu, bo zobaczyłam tytuł anime, którego nie oglądałam - Shingeki no Kyojin, ale w końcu jakimś cudem zaczęłam czytać i... jest zajebiste! :)
    Tak czułam, że Mikasa i Levi są tacy, bo stało się coś okropnego z ich rodzicami i nie myliłam się. Mam nadzieję, że Levi nie zginie! Chociaż, tą Mikasę to dręczysz i dręczysz. Jestem ciekawa Akatsuki, tak do końca nie wiemy o co z nimi chodzi i czekam na rozjaśnienie.
    Nie spotkałam się z takim wizerunkiem Kiby w ff. No bo w końcu wszędzie tylko SasuSaku, resztę olano :(
    Kiba jest takim mężczyzną, którego nie jedna kobieta by chciała mieć. Silny, opiekuńczy. Miód! <3
    Ja też powinnam pisać pracę licencjacką, ale mimo to wolałam czytać Twoje opowiadanie. I przez Ciebie zaczęłam oglądać Shingeki no Kyojin!
    Jesteś świetną pisarką :)
    POzdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ada! Jejku, jak się cieszę, że jednak się skusiłaś! :3 To opowiadanie jest dla mnie dosyć ważne, bo było takim sporym krokiem do przodu, jeżeli chodzi o moje umiejętności. I równie mocno cieszy mnie to, że udało mi sie przekonać kolejną osobę do Inuzuki. :) Mam nadzieję, że wytrwasz tu do końca! :D
      Co do Shingeki no Kyojin, myślę, że jak obejrzysz do końca, to naprawdę polubisz tę serię. Ja ją pokochałam całym serduchem, serio, serio. :D

      Dziękuję za miły komentarz, za to, że znowu ze mną jesteś i za ten komplement, ale ja wciąż jestem tylko amatorką. Mimo to, dałaś mi mocnego kopa! Gdy tylko odpuszczą mi nieco na uczelni, to biorę się za rozdział! :D

      Również pozdrawiam! <3

      Usuń
    2. Czekam :) Na ciąg dalszy. Skończyłam SnK i... czekam na 2 sezon! Już wiem czemu wybrałaś Mikasę i Levi'ego haha :D
      I ta ostatnia zagadka - Akatsuki! Nie mogę się doczekać co to z nimi wyjdzie.
      Polubiłam Twój styl pisania, więc pozostanę :) I żadna tam amatorka ;)

      PS. Też lubię muzykę celtycką <3

      Usuń
  10. Pojawiam się późno, Droga Mayako, ale odkładałam to z dnia na dzień, aby mieć więcej czasu, aby dopasować go do słów jakich chciałabym użyć, a chciałabym użyć ich z rozwagą, aby oddać wszystko co kłębi się w mojej głowie i w moim sercu kiedy kończę czytać poszczególne rozdziały - w tym wypadku najważniejszy z rozdziałów, aby nie zapomnieć o czymś, aby motywować Cię kiedy znikasz na dłużej... I zrozumiałam, że taki dzień nigdy nie nadejdzie jeżeli będę wciąż powtarzała "jutro". Ludzie z natury nigdy nie mają czasu, nawet kiedy siedzą i oglądają Szkołę na TVNie.
    W każdym razie, bo jak zwykle pieprze o głupotach!
    Czekałam na ten rozdział od samego początku! Tak! Czekałam własnie na niego. Nie spałam po nocach zastanawiając się nad przeszłością Mikasy, nad przeszłością jej i Leviego. Później nad tym co wiąże z tą przeszłością Hatake, co stanie się kiedy wszyscy poznają prawdę.
    Powiem Ci co stało się ze mną.
    Jestem pod największym wrażeniem Twojego pisarstwa. Tak. Nie odbieraj moich kolejnych słów jako swoisty i niewytłumaczalny fetysz, ale scena w której mała Mikasa chowa się przed tymi bydlakami to coś co na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Odczułam to jeszcze żywiej niż tę cholerną strzygę, która wciąż nie znikła z umysłów Mikasy i choć o której pragnęłam przeczytać jeszcze raz (i owe marzenie spełniłaś, oddając jej postać z największa wprawą).
    Jestem zdumiona. I chyba także przerażona tym co kłębi się i wiruje jeszcze w Twoim umyśle i czym jeszcze Nas - czytelników zaskoczysz.
    Tak, nie zapomniałam.
    Co znowu jest nie tak z tą Mikasą, że wiecznie chodzi za nią to parszywe nieszczęście? Levi, Ona i Kakashi? Błagam, nie zabijaj żadnego z nich, a na pewno nie Hatake!

    Czekam na ciąg dalszy. Choć przygnębia mnie myśl, że wszystko jest bliższe końca.
    Nie chcę nawet myśleć o tej czytelniczej pustce jaką odczuwa się po każdym epilogu. Tygodniami nie moge się pozbierać kiedy kończę jakąkolwiek sagę. Tym razem z pewnością nie będzie inaczej.

    Pozdrawiam cieplutko! Cokolwiek dzieje się teraz w Twoim życiu, wiem, że tak pozytywna i nieobliczalna kobieta jak Ty z pewnością da radę! Ściskam mocno! ;*

    OdpowiedzUsuń
  11. Kiedy rozdział :D ??

    OdpowiedzUsuń
  12. Eeeeeee pomijasz jeden rozdział , jeden rozdział mniej do końca

    OdpowiedzUsuń